Prawo wyboru

08.10.2009 :: 12:10Komentuj (0)

Główna Sala Homana Mujhar była rzęsiście oświetlona blaskiem mnóstwa świec. Zapewne również i magicznie, bo żadna świeca z wosku zrobiona nie świeci aż tak jasno nie dając przy okazji tak rozmaitych odcieni światła. Miękkie blaski odbijały się od paradnej zastawy, rozświetlały przejrzyste wina i iskrzyły się na klejnotach dam i kawalerów zebranych tej nocy w sali. Budziły drobne iskierki na powierzchni aksamitnych i jedwabnych sukien i kaftanów by ostatecznie zaigrać na rękojeściach i ostrzach odświętnej broni. Blichtr, błyski, eleganckie rozmowy i sekretnie zawierane nad kielichem wina sojusze... 3 poselstwa, masa arystokracji i powietrze aż drgające od niedopowiedzeń...
Na bogów, jak ona tego nie znosiła...
Pierwszą godzinę tej uczty jeszcze jakoś wytrzymała – jedzenie było nad podziw dobre, napitki przednie i nawet parę zwykłych osób znalazło się do towarzystwa. Cheysuli, wojowników rozmaitego autoramentu, z którymi widywała się na co dzień... Co prawda wszyscy jej znajomi zaczynali się czuć tu bardzo nie komfortowo, a szaty, które musieli na siebie wdziać piły w rozmaitych osobliwych miejscach ciała przyzwyczajonego do skóry i kolczug, tudzież pancerzy. Rzuciła okiem na to co jej kazano ubrać... karmazynowa suknia. Suknia! Co prawda wspaniale dopasowana i wycięta na dekolcie tak, że zasłaniała skromnie to co należy odsłaniając całą resztę i z mile szeleszczącego materiału, ale co będzie gdy przyjdzie jej w tym biegać? Ten mile szeleszczący materiał zmieni się w pułapkę, zwiąże nogi, utrudni ruchy i potencjalne zagrożenie ucieknie zanim zdąży je dopaść. I cóż z tego, że ochrona została potrojona na dzień dzisiejszy! Według Cay każdy z tych rąbniętych arystokratów mógł stanowić zagrożenie. Jeśli nie bronią atakując to koszmarnie nudną konwersacją.
Cheysuli po spędzeniu kilku godzin w tym towarzystwie stwierdziła, że jeszcze moment i eksploduje. Ale dobra nasza... wymagane przez grzeczność parę godzin odbębniła, pokazała się na oczy tym, którym miała się pokazać i dodatkowo napełniła nieco żołądek. Nic się nie stanie jeśli chwilowo ucieknie od nich wszystkich. Choćby na taras, który chwilowo był pusty. Noc stanowiła znacznie lepsze towarzystwo dla jej duszy.
Rozejrzała się więc dyskretnie i odstawiwszy kielich na tacę jednego ze sług ulotniła się w stronę szeroko otwartych drzwi tarasowych, przesłoniętych jedynie podrygującą na wietrze zasłoną.
Taras przywitał ją świeżym, nocnym powietrzem, w którym czuć było nadciągający deszcz i jakąś parką obściskującą się w kącie, która na jej widok zaprzestała obściskiwania i zaczęła się wycofywać jak gdyby nigdy nic. Cay z rozbawieniem rozpoznała w mężczyźnie jednego ze swych kolegów żołnierzy i siłą powstrzymała się by nie klepnąć go po plecach z życzeniami „owocnej” nocy. Nie zrobiła tego ostatecznie bo za szybko uciekł. Poza tym może by wystraszyła mu panienkę... pokręciła głową i oparła się o poręcz tarasu patrząc z zadowoleniem w jasno płonące gwiazdy na niebie i księżyc. Tak mogłaby spędzić resztę tej nocy. W ciszy, spokoju, wciągając do płuc wilgotne powietrze i nie niepokojona przez nikogo...
- Widzę, że też szukasz ucieczki przed tym arystokratycznym szaleństwem w środku.
Lekki uśmiech zaigrał na jej ustach. Ten kto ją niepokoił niekoniecznie był kimś, kogo w przypływie wściekłości miałaby ochotę zrzucić z tarasu wprost na krzewy zamkowych ogrodów. Poznała głos i tą.... obecność, którą roztaczał swoją osobą. Odwróciła się akurat by zobaczyć jak mężczyzna rozsiada się na krześle tarasowym tuż obok niej. Niebieskie oczy błysnęły spod czarnych włosów. Uśmiechnął się do niej powitalnie. Nie omieszkając również rzucić okiem na jej niezwykły jak dla niego wygląd. Uniósł brwi w zdumieniu.
Caylith jęknęła. Zaraz zacznie się niemiłosiernie nabijać a wtedy niestety będzie musiała się wysilić i ostatecznie pozna on miękkość trawy ogrodu spadając na nią z wysoka.
- Nawet nie zaczynaj z tym strojem. Tobie nie kazali upchnąć ciała w jedwabie byś przypadkiem nie uraził arystokratycznych gustów gości cheysulskimi skórami.
Racja. On był ubrany tak jak zwykle.. kaftan skórzany i spodnie oraz nieodłączne miecze. Co prawda zestaw wyglądał na paradny ale i tak na pewno było mu wygodniej.
- A czy ja coś mówię? – obruszył się – Mogę nic nie mówić jak chcesz, chociaż według mnie wyglądasz w tym wspaniale. Aż mam ochotę...
Nie dokończył słownie tylko głębokim gardłowym ni to pomrukiem ni to warknięciem. Już ona wiedziała co on miał ochotę zrobić. Co najchętniej robił by co chwila a im miejsce dziwniejsze tym lepiej. Problemy były zatem dwa: należało chwilo ostudzić jego zapędy ponieważ nieprzystojne zachowania na tarasie w wykonaniu pani burmistrz i jej przybocznego nie zyskałyby przychylnej opinii w oczach arystokracji i co gorsza Władcy, a po drugie nie można się było zdekonspirować. Bo nikt o nich nie wiedział, nie dowiedział się przez te parę miesięcy i lepiej żeby tak zostało. Żółte oczy błysnęły ostrzegawczo. Zrozumiał i niechętnie, bo niechętnie ale posłuchał niewypowiedzianej prośby. Wstał za to i przysunął się nieco bliżej do niej opierając łokcie na barierce tak jak ona i popatrzył w księżyc. Cisza zapanowała między nimi przyjazna, jak między osobami, które się rozumieją doskonale. I spokój, chociaż coś lekko drgało w powietrzu. Jakieś niedostrzegalne napięcie, którego źródłem było...
- Zdecydowałaś się już udzielić mi odpowiedzi?
No właśnie. Pytanie. Wisiało nad nią od kiedy zadał je absolutnie poważnym tonem i ze zdecydowaniem w głosie dwa tygodnie temu. Caylith spojrzała w srebrzystą tarczę księżyca, czując jego oczy utkwione w swojej twarzy. Te niebieskie, dzikie oczy, które przyciągnęły ją tak dawno temu...
***
Noc powoli zmieniała się w brzask wpadający przez okno do pogrążonego w mroku pokoju. Poranek ujawniał fragmenty sprzętów stanowiących jego wyposażenie, błyskając na dwóch różniących się od siebie piekielnie ostrych parach mieczy porzuconych na krzesłach, potem na skórzanych i lnianych fragmentach ubrań skłębionych na podłodze, gdzie niecierpliwe ręce porzuciły je w palącym pożądaniem pragnieniu dostania się do ciał. Ostatecznie blask padł na przytuloną do siebie parę w łożu. Rozmawiali cicho, patrząc na siebie w sposób charakterystyczny dla młodych kochanków. Rozmowa jednak była mniej radosna niż mogłoby się zdawać...
- Kiedy się znowu zobaczymy?
- Już nigdy. Przynajmniej tak sądzę.
- Sądzisz? A więc nie jest to niemożliwe...
- Mam nadzieję niedługo wrócić do domu, który jest kawał drogi stąd. Nie sądzę by chciało ci się wędrować pół świata tylko po to by się ze mną zobaczyć.
Wysunęła się z jego objęć i ubrała. Milczenie było między nimi do momentu aż się nie uśmiechnął tym niesamowitym drapieżno-łagodnym uśmiechem. Nie miał pojęcia ani wtedy ani parę lat później jak blisko była pozostania z nim tej nocy.
- Więc nie sądź. Poczekaj. Los płata różne figle.
- Żegnaj...
Ponownie się uśmiechnął.
- Do zobaczenia Caylith z Cheysuli.
***
... Cay zamyśliła się. Pamiętała do tej pory jak bardzo utknął jej w głowie na parę długich tygodni. Ile ją kosztowało wytłumaczenie sobie, że miała rację odchodząc. Bo to co wtedy czuła nie było niczym więcej jak zwykłym zauroczeniem. Pierwszy mężczyzna, pierwsza namiętna noc... uderzało do głowy jak młode wino i równie szybko mogło przejść. I przeszło. Zdołała zapomnieć, bo i po co miała pamiętać i tęsknić do kogoś, kogo już nigdy nie spotka. Tyle, że potem znowu się pojawił osiedlając się w Homanie i wprowadzając spory zamęt w jej uporządkowanym, jak myślała życiu. Które zaczęło się walić mniej więcej miesiąc później. Gdy Coen odszedł...
Łypnęła raz jeszcze okiem na niego. Nie odwrócił spojrzenia. Czekał niemal bez ruchu. Jak drapieżnik czający się cierpliwie na zdobycz. Bezruch był jednak mistyfikacją. Poczuła jak na jej dłoni opartej mocno na marmurowej barierze kładzie się jego ciepła, większa dłoń. Dodając otuchy. Jakby, ku’reshtin wyczuł, co się z nią dzieje i gdzie zawiodły ją wspomnienia...
Czekał...
A ona patrząc na niebiesko zielone błyski w jego oczach przypomniała sobie powód jego czekania...
***
- Co mam zrobić, żebyś była moja?
Wtulona w niego drgnęła nie spodziewając się, że takie pytanie w ogóle kiedykolwiek padnie. Tej nocy ponownie przypomnieli sobie jak to jest być ze sobą... jak to jest czuć bicie serca kogoś kto cię pragnie aż do bólu. I pragnąc drugiej osoby równie mocno. Wrócił, narobił zamętu, stoczyli ze sobą dwa pojedynki i ponownie wylądowali w swoich ramionach. Sytuacja jak z bajki zdałoby się, gdyby nie to, że jej mężczyzna niedawno gdzieś odszedł i nawet nie wiedziała gdzie, a on... on nie był Cheysuli. To mogło sprowadzić na nich kłopoty. Ale kłopoty to chyba była ich specjalność, bo jedna noc przeciągnęła się potem w wiele nocy. Aż do tej podczas której zadał to pytanie.
Ukryła twarz na jego piersi i potrząsnęła słabo głową.
- Nie zadawaj mi tego pytania bo nie wiem co mam na nie odpowiedzieć. – mruknęła – Ja jestem Cheysuli a ty nie. Już widzę te komentarze moich ziomków... twoi zresztą też by narzekali. Czy warto...
- Warto – nie dał jej dokończyć zdania, odpowiadając z taką pewnością, że aż jej zamknął usta. Kim ona była, żeby kwestionować coś wypowiedzianego z taką szczerością i przeświadczeniem o swej racji... chociaż nie.. była Cheysuli, miała prawo do swojego wyboru i niech bogowie bronią tego, kto jej zechce to prawo odebrać...
- Ale moja tahlmorra...
- Zapewne teraz powiesz, że nie jestem jej częścią. – mruknął – ale skąd to wiesz Cay? A może właśnie o to chodziło byś poznała jednego by potem związać się z drugim... ja cię nie opuszczę bo mam wrażenie, że powinniśmy być razem. Więc powiedz mi, meijhana – użył słowa w jej mowie, nieco źle je akcentując ale doceniła fakt, że zadał sobie trud nauczenia się go. – powiedz mi co mam zrobić, żebyś była moja...
Westchnęła ciężko.
- Teraz nie powiem ci nic. Muszę pomyśleć.
- Ile? – jak zwykle nie zwlekał z zadawaniem drażniących pytań. Uparty, wredny, niesamowity człowiek na którym zaczęło jej bardzo zależeć...
- Zapytaj mnie o to samo za dwa tygodnie. Wtedy ci odpowiem.
- Dwa tygodnie? – zamruczał marudnie – to długo...
- Cicho – uciszyła go. – za dwa tygodnie będziesz wiedział. A teraz użyj ust do czego innego niż rozmowa o mało przyjemnych sprawach i pocałuj mnie...
Zrobił to i o wiele więcej przypominając jej jak bardzo było im ze sobą dobrze wtedy...
***
I teraz też... ale odpowiedzi nadal żądał. Cay zagryzła usta zastanawiając się jak można by przedłużyć sobie czas do namysłu. Nadal nie wiedziała co zrobić z tym, że jednocześnie go chce i się go boi, a raczej nie jego tylko tego co mógłby przynieść związek z nim. „A niechby ktoś teraz wszczął alarm...” pojawiła się w głowie nieproszona myśl. To na pewno zajęłoby jego głowę czym innym.
Wzrok dziewczyny prześliznął się po cieniach zalegających w ogrodach poniżej. Krzaki, liście... co mu powiedzieć, co... niech szlag trafi tą kieckę, zimno mi w niej... cienie, łażące cienie... zaraz, zaraz...
Cheysuli nie mieli tak fenomenalnego wzroku jak elfy. Nie widzieli w ciemności tak znakomicie, ale też nie byli całkiem ślepi jak ludzie. W końcu stworzenia, w które potrafili się zmienić w większości dobrze widziały w mroku, tak więc dziewczynie nie umknął uwadze fakt, że coś jest nie tak... i że krzaki tak sobie nie zmieniają miejsca pobytu ani nie są tak kanciaste... nie mają też zwyczaju błyskać stalą. Spięła się wlepiając wzrok w noc aż jej towarzysz również prześliznął się wzrokiem w dół niechętnie.
- Co jest...
- Trzy kordony straży ochrania to miejsce – mruknęła zabierając dłoń spod jego łapy – ale jednak ktoś się prześliznął i zbliża się...
Wlepił wzrok w cienie. On z kolei nie miał takiego wzroku jak ona ale również widział prawie jak kot w nocy. Gdy wskazała mu dyskretnie miejsce gdzie cieniom krzaków zachciało się łazić syknął coś przez zęby. Nie brzmiało to ani przyjemnie ani układnie. Ona określiłaby sytuację jeszcze lepszym słowem.
- No pięknie – mruknął na koniec – Kasjan wystawił jakichś oślich strażników.. ej, a ty gdzie! – zawołał cicho widząc, że Cay łapie dłonią bok spódnicy by jej nie przeszkadzała i kieruje się w stronę wyjścia z tarasu. Cheysuli odwróciła głowę nie zwalniając kroku.
- Jak to gdzie. Pozbyć się szkodników z królewskiego ogrodu – błysnęła zębami w uśmiechu i zniknęła wśród balującej arystokracji. Mężczyźnie ręce opadły na tak niesamowitą niesubordynacje i nie trzymanie się roli układnej burmistrz Homany, w którą ją, przemocą bo przemocą, ale wciśnięto. Zaraz przypomniał sobie jednak o obowiązkach wobec niej, które miał i pognał do wyjścia. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś ją porwał...
Dziękując bogom za to, że średnio ceremonialne odzienie pozwalało na swobodę ruchów, a ranga Protektora na noszenie mieczy na plecach jak zwykle nawet w okolicznościach przyjęcia, szybkim acz nonszalanckim krokiem ruszył tam, gdzie mignął mu skrawek znikającej szkarłatnej sukni. Kiwnął głową kilku osobom, dla niepoznaki zgarnął kielich wina i nie zwalniając kroku dotarł na miejsce. Czyli do drzwi wyjściowych z sali.
- Zwiała... a niech to... – westchnął ciężko, odstawił dyskretnie kielich i równie dyskretnie wymknął się na korytarz. Tam dopiero puścił się biegiem, kierując się stukotem butów i idealną ciszą w Homana-Mujhar. Dopadł Cay w momencie gdy klnąc jak pijany marynarz w szynku, odplątywała nogi z fałd jedwabiu tuż przy schodach prowadzących do ogrodów.
- Caylith poczekaj! – wściekły dopadł jej i złapał za ramię – Nie możesz tak wypadać z sali i gnać na złamanie karku za kimś, kogo nawet może tam nie być. Twoja ranga...
- Mam gdzieś rangę jak w pobliżu są zdrajcy...
- Dobrze – westchnął głęboko – to w takim razie nie ranga a twoje życie...
- Od czegoś trzeba umrzeć. – odparowała kolejny raz, szarpnięciem uwalniając nogi od materiału i przesuwając rąbek w dłoniach tak długo aż złapała za szew sukienki z boku.
Zapienił się dosłownie. Niewiele brakowało by zaczął warczeć i ryczeć. Łypnęła na niego okiem z jawną kpiną, co go rozzłościło doszczętnie.
- Ja cię... ja ci... – prawie puszczał dym uszami – zabraniam ci tam iść! Jestem twoim głównym obrońcą, odmianą Jaszelity dla Burmistrza i jako taki mam dbać o twoje bezpieczeństwo. Nie pójdziesz za tymi cieniami! Nie masz nawet broni.
Patrzyła na niego już całkowicie ubawiona nie wypuszczając rąbka sukienki z dłoni.
- Słodki jesteś jak tak się pienisz. Aż mam ochotę... – mruknęła i warknęła parafrazując jego zachowanie z tarasu, a potem patrząc na jego ogłupiałą minę, wyprodukowała oczami dziki błysk, który nie wróżył nic dobrego. – A spróbuj mnie powstrzymać... – i szarpnęła mocno obrąbek. Szwy sukni puściły z trzaskiem od dołu aż do biodra, dzieląc cienki materiał na dwie części i odsłaniając zgrabną nogę. Tak samo potraktowała drugą stronę pysznej sukni. Teraz nic już jej nie będzie spowalniać.
- A co do broni, kochany... jak nie mam jak mam...
Przysunęła się do niego płynnie i sięgnąwszy za jego ramię, wyciągnęła jeden z jego mieczy z uprzęży – wszystko niemal jednym tanecznym ruchem. Pani Burmistrz Homany uśmiechnęła się do ogłupiałego Lorda Protektora, odwróciła na pięcie z godnością, a następnie w najlepszym stylu najemnika ruszającego w pościg, pognała w stronę schodów.
- Hej, obrońco mój. Właśnie ci uciekam w paszczę niebezpieczeństwa. Zaróbże na swą pensję i rusz się ochraniać mnie... – zaśmiała się cicho i pognała w dół. Mężczyzna doszedł do siebie po tym szaleństwie sekundę później i klnąc pod nosem na kobiety Cheysuli i ich nieustającą żądzę wolności a czasem mordu i samobójstwa, pognał za nią.


- No i co. Nie ma – oświadczył gdy skradali się cicho między zaroślami w stronę miejsca gdzie coś mogło być ale niekoniecznie. Teraz to już wcale nie był taki pewien czy sam cokolwiek widział. Ale ona tak.
- Spokojnie... i przestań tak ciągle gadać, bo wykryją nas zanim my ich. A to mi się mniej spodoba.
Nocne cienie stworzone światłem księżyca i iluminacją z zamku były mylące. Przed chwilą niemal nie padła na zawał na widok gigantycznej bestii rodem z koszmaru – która okazała się być tylko powyginanym krzewem jaśminu. To jeszcze nie było to miejsce. Rzuciła okiem do góry i w lewo prosto na taras, z którego zobaczyła te.... rzeczy.
- Tam... – pociągnęła go nieco bardziej w lewo w krzaki. Mężczyzna zaburczał a potem syknął, gdy wbiła mu paznokcie w skórę uciszając. – Na Łowcę, bo przysięgam, że wymienię cię na młodego Jaszelitę...
- Nie zrobisz tego, maleńka, bo za dobrze nam za sobą – odparował natychmiast ale posłusznie niemal całkowicie ściszając głos. Cay rozejrzała się. To było tu i...
- Patrz... – kucnęła obok jednego z krzewów pociągając go za sobą. Teraz dopiero jej uwierzył. Jeden z tych niewinnie wyglądających krzewów pod koniec szeregu nagle wygiął się w prawo, potem w lewo i ruszył drobnymi posuwistymi kroczkami do przodu kierując się najwyraźniej w stronę zamku. Potem zatrzymał się na moment i poruszył nieco inaczej. Światło księżyca padło na niego na moment ukazując, że nie jest żadnym krzakiem tylko kanciastą, humanoidalną istotą z zakrzywionym ostrzem przy boku. Paciorkowate ślepia błysnęły gdy stwór zaczął węszyć i ruszył dalej.
- Co to jest... – syknął towarzysz Cay tak cicho, że ona prawie wcale go nie usłyszała. Ale stwór usłyszał go chyba bardzo dobrze bo raptem syknął i odwrócił łeb w jego stronę. Ślepia błysnęły krwawo. Stwór syknął jeszcze raz i ruszył w ich kierunku wyciągając ostrze.
- To tyle jeśli chodzi o zaskoczenie... – mruknęła Cheysuli wychylając się z cienia i kołysząc miękko pożyczonym mieczem w dłoni. – Dobrze, że jest tylko jeden...
Nie skończyła gdy zza nich rozległy się podobne syki. Lord Protektor podskoczył z zaskoczenia i rozejrzał się równie błyskawicznie co dziewczyna. A potem zaklął dołączając się do jej wściekłego „ku’reshtin.” Stwór nie był sam. Miał towarzystwo w postaci pięciu czy sześciu takich samych istot, które właśnie wyłaziły z cieni dookoła nich.
- Plecami do... siebie! – zakomenderował mężczyzna gromko ale dokończył spokojniej. Nie zdążył bowiem nawet tego wypowiedzieć do końca gdy już poczuł ciepłe plecy dziewczyny muskające jego łopatkę. Najemnicze instynkty ocalały im obojgu tyle razy życie, że odruchowo nawet nie myśląc ustawiali się w ten sposób w przypadku przewagi liczebnej okrążającego przeciwnika. Jasne oczy Caylith zmrużyły się gdy błyskawicznie oceniała przeciwników. Nieduzi, wyglądali na ludzi ale przeczyły temu gadzio ptasie twarze i coś dziwnego na plecach. Jeden z nich nastroszył to coś. Skrzydła.
- To już wiadomo jak się tu dostali – mruknęła w stronę wojownika – Po prostu przelecieli nad trzema kordonami najlepszych strażników Kasjana.
- Ano... mruknął obserwując swoich równie uważnie. U niego było trzech , Cay pewnie miała też tylu. Powinni sobie poradzić bez problemów.
- Ale numer... stado krzaczków ze skrzydłami i kozikami na dwóch nóżkach, które nas okrążają – dobiegł go jej rozbawiony chichot – będę miała co potomstwu opowiadać kiedyś.
- Będziemy mieli o ile te krzaczki nie rozniosą rodziców przyszłego potomstwa. Skąd wiesz co za umiejętności ukrywają? – odparował przesuwając się tak by wszyscy napastnicy byli w równej odległości od nich obojga. Ku jego zadowoleniu Cay poruszyła się z nim w idealnej harmonii.
- My? – prychnęła cicho łypnąwszy na niego okiem z rozbawieniem – Znaczy, że nasze wspólne? Wolnego, nie dałam ci żadnej odpowiedzi jeszcze.
- A tak – nie patrzył na nią ale słyszała uśmiech w jego glosie czyli i na twarzy, gdy odpowiedział – ale dasz, meijhana. I to zgodną.
Prychnęła a potem odparowała cios ostrza. Stwory były szybkie. Za sobą usłyszała brzdęk stali o stal i odgłos ciosu pięścią. Potem skrzek trafionego stworzenia.
- Zostań ze mną, Cay! – zażądał tonem dowódcy tnąc na odlew aż jucha siknęła, a stwór się rozdarł głośno. Jeszcze tylko pięć. Odgłos miecza pakowanego w bebechy i przekręcanego zza jego pleców zmienił liczbę pięć na cztery. Caylith wypluła włosy z ust, które tam wpadły i zastanowiła się na jakiego grzyba żąda, żeby została, skoro i tak przecież pilnuje jego pleców i nigdzie nie idzie. – Zostaniesz ze mną, Caylith?
Zapytał ponownie ale tym razem mowy nie było, żeby chodziło mu o pilnowanie i obecną sytuację. Ton głosu był pytający ale... taki jak wtedy. Też znalazł moment by ponownie ją męczyć! Czy zechce zostać, być z nim?
Odpowiedź przyszła sama z siebie wyśpiewana świstem zgodnie tnących mieczy, w brzęku stali obijającej się o stal i napięciu jego mięśni gdy pilnował jej pleców tak samo jak ona jego. Towarzysz doskonały, wojownik idealny, jedyny, którego chciała mieć przy boku w sytuacjach takich jak ta i innych. Strzec tyłów, stać za nim murem i być bo... bo po prostu byli dla siebie stworzeni. Cicho zaszeptało coś w jej duszy, po raz drugi w jej życiu budząc się przy dźwięku następnego płatanego stwora i jej myśli układających się w końcu jak trzeba po bajzlu jaki zrobił z nimi Coen. Tahlmorra. Ale nawet i bez tego wiedziała co mu odpowie.
- Zostaniesz ze mną, Caylith? – powtórzył po raz trzeci.
- Zostanę z tobą, Nimrod.
Dwa ostrza ponownie ruszyły zgodnie do boju. Teraz. Razem. By się już więcej nie rozdzielać.

Ćma i płomień

03.09.2009 :: 11:43Komentuj (3)

Szurnęła butem niecierpliwie. Spod stóp uniosła się chmurka piachu i opadała powoli zmieniając ciemną skórę buta w nieco spłowiało burą. Piach areny był jak puder: drobniutki, niemal niewidoczny w mniejszych ilościach, ale już się zdążyła przekonać jak potrafi zmniejszyć widoczność, wpadając do oczu, zgrzytać w zębach i wciskać się między rękojeść miecza a spoconą skórę, przez co uchwyt był mniej pewny. A takiej niepewności to nie potrzebowała teraz. Nie podczas finałowych walk.

Zdobyła wystarczającą ilość punktów w poprzednich walkach, by przejść do ostatniego etapu, który wyłoni zwycięzcę. Ona i pięć innych osób, które czekały teraz wraz z nią na losowanie par. Żółte oczy Cheysuli przesunęły się na sąsiada z prawej. Hertzog. Najemnik, którego spotkała dwa dni temu, zmierzającego z przypadkowo dobraną kompanią na turniej. On i jego młot bojowy, który nauczył moresu kilku jego przeciwników. Dwa metry mięśni i zero niepotrzebnego tłuszczu na osiłku, który chociaż wielki potrafił poruszać się z niezwykłą szybkością i precyzją – gdy go do tego zmuszono. Zupełnie jak niedźwiedź od którego, zasłużenie zresztą, przyjął przydomek. Hertzog złapał jej spojrzenie i wyszczerzył się, błyskając luką w uzębieniu. Prawe oko zaczynało ozdabiać się fioletowo siną obwódka – pamiątka od ostatniego przeciwnika, który, w mizernej próbie ataku próbował w ten sposób odwrócić jego uwagę od ostrza miecza. Nie udało mu się, skoro Herztog stał tutaj, a połamaną w trzech miejscach rękę tamtego (ach ta finezja młociarzy...) oglądali medycy. Cay zastanowiła się jakby wyglądała walka jej z Hertzogiem... po dłuższym namyśle wolała się przestać zastanawiać. Tak czy inaczej pewnie się o tym przekona – w tej rundzie każdy walczył z każdym by ustalić nie tylko pierwsze trzy miejsca ale i kolejność pozostałych. Z wielkiego Niedźwiedzia przerzuciła się wzrokiem na stojącego nieco dalej w lewo półelfa z trójzębem i siecią. Drobny blondyn, w kubraku i nogawicach z dobrego płótna i w mocnej zbroi skórzanej na piersi dał już pokaz swych umiejętności, „łowiąc” w sieci trzech z czterech przeciwników, ozdabiając dziurkami od trójzębu zadek jednego i klatki piersiowe dwóch innych, co zapewniło mu zwycięstwo w tych walkach. Czwarty na jego nieszczęście miał nóż w bucie i zanim został dźgnięty trójzębem, zdołał sieć przeciąć i pomacać półelfa mieczem w łydkę. Na jego nieszczęście przeciwnik nie stracił rezonu i w tym samym momencie zadał mu cięcie w ramię. Decyzja sędziów nie była łatwa i ostatecznie zdecydowano się na remis – rzadki wynik w turniejach tego typu, ale z sędziami się nie dyskutuje, szczególnie gdy w skład ławy sędziowskiej wchodzą również magowie.

Przeciwnik półelfa stał na samym końcu rzędu z jej prawej strony i z tego co zauważyła zupełnie się niczym nie przejmował. Dwa wygięte nieco miecze jednoręczne zarzucone miał luźno na ramionach, postawa swobodna – całkiem jakby nie czekał by poznać pierwszą z osób z tej szóstki, z którą będzie walczyć, ale na ten przykład wyczekiwał na dziewkę przed karczmą, by ją zabrać ze sobą do domu w celach niewiadomych. A raczej wiadomych gdyż na jego ustach błąkał się lekki drapieżny uśmieszek. Ale czemu ona się dziwiła – tego należało się po Nimrodzie spodziewać. W pięknym stylu przebrnął przez walki kwalifikacyjne i jedynie półelf z trójzębem dał mu nieco popalić. Więc i miał pewną siebie minę – jakby już miał zwycięstwo w kieszeni... Spieniła się lekko – nie trafił jeszcze na nią to i nie dostał batów. Ale to, mój drogi najemniku, zmieni się. Na ustach Cay wykwitł wredny uśmieszek gdy mierzyła go wzrokiem. Widać ściągnęła go spojrzeniem bo odwrócił głowę w jej stronę i zmierzył ją lazurowym rozbawionym spojrzeniem. Drapieżny, koci uśmiech zatańczył na jego ustach.” Pokonam cię Kiciu, tak jak poprzednio... a potem dam ci nagrodę pocieszenia” – zdawał się mówić ten wyraz twarz. „Śnij dalej, Khanie. Tym razem podetnie się tygryskowi łapki i wsadzi do klatki” – odparowało bojowe i buńczuczne spojrzenie Cay. Rozchylił usta błyskając białymi zębami w uśmiechu nieco szerszym i potrząsnął nieco głową. Kosmyki czarnych włosów opadły mu na oczy gdy odwrócił głowę przenosząc spojrzenie na lożę sędziowską.
Cay tymczasem wróciła do lustracji pozostałych dwóch przeciwników. Nie znała ich z imienia. Jeden był człowiekiem z mieczem dwuręcznym a na wyświechtanej tunice znać było barwy Azeloth – pewnie były żołnierz. Sylwetka pasująca do miecza: równie chudy wysoki i kanciasty co jego broń. Ale w tych węźlastych żylastych mięśniach kryła się spora siła, z kawałka walki tego człowieka, jaką miała okazje obserwować. Lekko utykał na lewą nogę i nieco za bardzo odsłaniał prawy bok kosztem lewego. Nie przeszkadzało mu to jednak dotrzeć aż tutaj. Ostatni... był Reptilionem. Wielką jaszczurką na dwóch nogach z dwuręcznym mieczem i trofeami w postaci czaszek. Jakoś nie miała ochoty przypatrywać się im by poznać gatunek. I po cichu miała też nadzieję, że nie jej się trafi ten przeciwnik.

Rozmyślania przerwał jej sygnał gongu. Siwowłosy mag wstał w loży i magicznym sposobem przeniósł się do niech na piach areny. Za nim jakiś metr nad ziemią leciał koszyk z przykrywką. Mag przyjrzał się każdemu z osobna i po chwili odezwał zaskakująco młodzieńczym tonem:
- Dotarliście prawie do końca. Z dwadzieściorga zostało was tylko sześcioro. To potężny sukces sam w sobie... bez względu na to kto zostanie ostatecznym zwycięzcą. Teraz przed wami losowanie przeciwników do walk ostatecznych. W koszu - machnął ręką i kosz przelewitował przed niego - znajduje się sześć kul w trzech różnych kolorach. Kolejno wyciągacie z kosza kulę. Pasujące kolory znaczą, że para została wybrana. Zaczynajmy więc.

Patrzyła jak wyciągają kule. Na nieszczęście były na tyle małe, że mieściły się w dłoni, tak więc kolor ogłaszał mag. Musiał się przy tym popisywać i robić efektowne pauzy, aż Cay skrzywiła się w pewnym momencie. Świerzbiła ją dłoń od miecza, czyli coś się szykowało. By oderwać się od tego przeczucia zaczęła nasłuchiwać kto dostał kogo.
- Hertzog Niedźwiedź! - zagrzmiał mag - kolor zielony. Jego para to... - urwał - Elryk z Azeloth!
Aaaa... więc dwa metry najemniczych mięśni, kontra dwa metry żylastego służbisty. Będzie ciekawie. A ten już się szczerzy i pokazuje obraźliwe gesty przeciwnikowi... moment... następni.
- Relintiel Półelf - kolor niebieski! Walczy z... - znowu durnowata pauza - Khsythsyyy... - mag się zaciukał przy imieniu, ale szybko wybrnął - przedstawicielem Reptilii!
Półelf lekko zbladł patrząc na jaszczura. Tym razem zwinność sama nie wystarczy. Będzie musiało mu sprzyjać szczęście. I może piorun boski strzelający w jaszczura... podśmiewająca się Cay nagle zdała sobie sprawę, że została tylko jedna para. Spojrzała na swoją czerwoną kulę.
- Nimrod najemnik! - kolor czerwony - zagrzmiał mag - kontra Caylith z Homany.
Westchnęła ciężko patrząc na przeciwnika. To dlatego ręka ją świerzbiała. Mężczyzna podrzucił w dłoni czerwoną kulkę uśmiechając się nad podziw radośnie.
- Walki zaczynają się od zaraz. Proszę pierwszą parę o pozostanie na miejscach. Resztę zapraszam na ławy. Niech zwycięży najlepszy!
Mag zszedł, reszta poza rycerzem i najemnikiem z młotem też, więc i Cay pospieszyła za nimi, kręcąc głową.
- Pech - sapnęła, siadając na ławie i patrząc jak Niedźwiedź wymachuje młotem jak trawką.
- Szczęście - odpowiedział jej cichy, rozbawiony głos obok. Spojrzała prosto w niebieskie ślepia.
- A idź do diabła - oświadczyła.
- Mam inny plan, Kiciu. Najpierw Arena, potem Karczma. Diabłów nie ma na trasie.
Rozległ się gong i zaraz potem aplauz publiczności gdyż najwyraźniej przeciwnicy rzucili się na siebie. Cay patrzyła jednak długo w lazurowo zielone oczy Nimroda. A on w jej żółte tęczówki.
- Obyś się nie zdziwił z tym diabłem...
- Jeśli ty będziesz mieć jego postać, nie marzę o niczym innym - błysnął zębami i zaczął oglądać pojedynek.

***

Pot skapywał z czoła a żółte oczy obserwowały każdy ruch przeciwnika z napięciem. I znowu świst stali gdy uniosła broń do parowania, bo Nimrod ruszył błyskawicznie. Na szczęście tam gdzie się spodziewała. I kolejna wymiana ciosów, iskry lecące spod skrzyżowanych ostrz. Nogi tańczyły w skomplikowanym tańcu bojowym po całej arenie.
Nigdy nie mówiła, że będzie jej z nim łatwo. Nie upierała się też, że od razu go rozłoży na łopatki... no dobrze, to było w sferze rozmyślań jej aroganckiej osoby. Tak czy inaczej było ciężko. I nie spodziewała się niczego innego. Po łatwej walce zwycięstwo nie smakowałoby tak słodko. A ona wygra to i koniec... ruszyła do wściekłego ataku, tym razem przejmując inicjatywę. Wygra. Już prawie...

- Zwycięzcą zostaje Nimrod! - ogłosił pół godziny później sędzia-mag, grzmiąc jak zwykle. Niebieskooki oparł się ciężko dysząc, na mieczu. Drugie ostrze sekundę wcześniej zostawiło krwawy ślad na jej ramieniu, a teraz spoczywało już w jednej z pochew. Cofnął się i ukłonił przed wiwatującym tłumem. Drugie miejsce w turnieju to już coś. Zresztą Hertzog i tak byłby nie do pokonania. Usiadła na piachu z ponurą miną, powalona, arogancka Cheysuli, której po raz kolejny pokazano, że nie wszystko będzie miała z samego chcenia. Niechętnie obserwowała jak zbiera należne wiwaty i oklaski, jak leci jakąś uperfumowana chusta od jakiejś damy, którą ten skurczybyk uniósł do ust z uwodzicielską miną skierowaną do ofiarodawczyni i ucałował. Zacisnęła zęby. Niech go cholera.
- Nie złość się, Kiciu. Mówiłem, że tak będzie. A teraz ruszaj tyłek z piasku.
Tuż przed nią pojawiła się ręka wojownika. Podciągnął ją na nogi nie zważając na ponure miny i prychnięcia w stylu "sama dam sobie radę, łapy precz".
- W porządku? - błysnął zębami, gdy kierowali się w stronę trybun. On po nagrodę, ona do wyjścia i czekającej na nią Tashy, która nie szczędziła jej zjadliwych komplementów Więzią.
- Przegrałam. Jest naprawdę w porządku w związku z tym - syknęła niechętnie. Cięcie które jej zadał było niewielkie ale piekło jak jasny gwint. Pewnie jakiś piach dostał się w ranę. - Muszę iść to opatrzyć - mruknęła, oglądając krwawy ślad - Idź zbieraj hołdy, Nim.
Pokiwał głową.
- Ale nigdzie się nie wybieraj, Cay. Obiecałem ci nagrodę pocieszenia. Idziemy na piwo.
Po czym odmaszerował do loży sędziowskiej nie czekając na odpowiedź, zgodną czy też nie, ponownie doprowadzając Cay do prychania na niego i niechętnych mamrotań. Dopiero jak felczer oczyścił jej ranę, uspokoiła się i stwierdziła, że w sumie, czemu nie. Pić jej się chciało i tak a on dzięki nagrodzie był o jakieś osiemset sztuk złota do przodu. Niech stawia.
Czekał cierpliwie przy bramie, pokryty nadal pyłem z areny ale z miną zadowolonego z siebie kociska.
- Gotowa? - zapytał na jej widok.
- Wiwat pokonanym. Stawiasz - zamruczała. Zaśmiał się i poufale objąwszy ją ramieniem pociągnął do karczmy.

- No bo popatrz... to jest tak - tłumaczył nad piwem jakiś czas potem, machając ręką - Jak uparcie twierdzisz, że musisz wygrać, to najprawdopodobniej przegrasz. Nic na siłę. I nic pewnego nie ma na świecie.
Cay kręciła swoim kubkiem piwa po stole siedząc obok niego na w miarę wygodnej ławie. Karczma o tej porze powinna być pełna, ale z jakiejś przedziwnej przyczyny świeciła pustkami. Po dłuższym zastanowieniu Cay stwierdziła, że faktycznie - jeszcze jedna ostatnia walka została. Oni po prostu zrezygnowali z jej oglądania na korzyść piwa, ale reszta populacji nie. Dopiero później tłum się wleje do szynków i nie będzie gdzie igły wcisnąć.
Sama karczma zresztą była w miarę porządna. Stoły były czyste, piwo nie chrzczone a przede wszystkim nie śmierdziało w niej niczym. Zapatrzyła się na świecę płonącą na stoliku i oświetlającą twarze tajemniczym światełkiem. Koło płomienia w miłosnym amoku fruwała niewielka ćma. Cheysuli jak zwykle na ten widok zaczęła się zastanawiać jak szybko skrzydła stworzenia zajmą się ogniem. Owad jednak był widać sprytny, bo nie dawał się strawić płomieniowi i nadal krążył lub łaził wokół świecy na drobnych pazurzastych nóżkach.
- Popatrz na przykład na tego owada - widać Nimrod też przyglądał się ćmie - według wszelkich szacunków, ona zginie szalejąc wokół tej świecy. I często tak się dzieje. Ale nie zawsze, bo jak wyjaśnić fakt, że ciągle są nowe ćmy latające wokół świec? - jednym błyskawicznym ruchem złapał owada i patrzył jak mu łazi po palcach obracając rękę by nadal mieć szarą puchatą ćmę na oku.
- Rozumem? - odezwała się wreszcie Caylith z rozbawieniem w głosie popijając piwa.
- Ćmy nie mają rozumu, dziewczyno - parsknął - mają tylko instynkt. Który z jednej strony ciągnie je do ognia i na zabicie - położył dłoń na drewnianym stole by ćma mogła zleźć i znowu udać się w stronę świecy - a z drugiej strony nie pozwala im tego robić. To jest tak jak na przykład... - przeniósł na nią niebieskie oczy - z nami...
- Hę?
- No z nami. Popatrz, natykamy się na siebie co jakiś czas i zwykle dzieje się to samo. Fukamy na siebie, bijemy się, a potem... - uśmiechnął się marzycielsko przebiegając wzrokiem po jej sylwetce.
Cheysuli zakrztusiła się piwem.
- Aha.. więc zakładasz, że i tym razem skończy się tak jak zwykle? Czyli że wskoczę ci do łóżka, zaszalejemy a potem znowu zobaczymy się za kilka lat? - zaśmiała mu się w twarz - Przykro mi, koteczku, ale tym razem ćma nie da się spalić w ogniu.
Uśmiechnął się na jej bunty z czułością. Zawsze było tak samo. Co za uparta, niesamowita kobieta...
- Cay... ale ta ćma jeszcze nie spłonęła. Ona...hmmm.. kręci się przy świecy, widzisz? - kiwnął głową w stronę stworzonka, nie spuszczając jednak z kobiety lśniących w przytłumionym świetle oczu - A co będzie jeśli tym razem... ćma nie spłonie? I nie odleci? Tylko będzie się ciągle kręcić w okolicy świecy, która nie będzie chciała zgasnąć?
Cheysuli patrzyła na niego. Nie była głupia. Nie mówił w żadnym wypadku o świecy w tym momencie tylko...
- To czy świeca zgaśnie jest niezależne od niej - mruknęła zahipnotyzowana niemal jego oczami. Było w nich coś.... innego niż zwykle. Ciepło, przy którym strasznie chciała się ogrzać. I coś, przez co czuła się inaczej. Jak najbardziej upragnione stworzenie na świecie.
- Racja - westchnął - ale zanim zgaśnie może minąć wiele czasu. A ćma może być tym czego świeca potrzebuje najbardziej na świecie. I tym razem nie ma mowy by jakiekolwiek skrzydła spłonęły, albo o odlocie w mrok.
- Tym razem - szepnęła gdy ujął ją pod brodę delikatnie, pochylając się ku niej.
- I niech on trwa wiecznie, kochanie - mruknął i pocałował ją z taką czułością i tęsknotą, że wszelkie kontrargumenty jakie miała zamiar przygotować odeszły w niepamięć.

***

Mrok. Rozjaśniany tylko blaskiem płonącego kominka i lśnieniem dwóch par oczu wpatrzonych w siebie. Blaski ognia wywołują niezwykłe cienie, pełzając po zwykłych sprzętach zwykłego pokoju w karczmie, nadają im niezwykłej natury. Odsłaniają to co powinny zakryć i zasłaniają zwykle odsłaniane. Magia... piękno... tajemniczość... żar...

Oto zaszurała skóra i płótno opadających na podłogę ubrań... dłonie przesunęły się po gładkiej skórze ciała, a zaraz za nimi usta...

Oto oddech gorący jak samo piekło i ciche westchnienie...

Oto usta ścierają się w miłosnym pojedynku, który ponownie staczają ze sobą dwie istoty ludzkie... pojedynku, w którym nie było przegranych od początku świata...

Oto szelest futer łoża, na których lądują ciała... cienie pełgają po mocnych, męskich plecach, i przemykają po przymkniętych oczach i ustach rozchylonych jak do krzyku, na kobiecej twarzy odchylonej do tyłu...

Oto rywalizująca z cieniem i zgrabnym kształtem brzozy za oknem, wyprężona sylwetka kobiety, otoczona nimbem płonącego na kominku ognia... i mężczyzna trzymający ją w objęciach, wpatrzony w jej twarz, a potem...

Oto krzyk...

Oto ogień gorętszy niż ogień natury...

Oto szept... i westchnienie...

Oto ukojenie... oto magia... oto prawda o ludzkiej naturze, pragnieniach, spełnieniu i tym co rodzi się potem...

Oto magia starsza niż jakakolwiek inna...

***


Leżała wtulona w jego ramiona nie śpiąc już od jakiegoś czasu. Żółte oczy długo badały jego uśpioną, spokojną twarz. Pierś wznoszącą się w spokojnym oddechu, na której opierała dłoń. Jego serce biło wolno i równo... chociaż parę godzin temu łomotało jak kopyta konia galopującego po bruku. Cay uśmiechnęła się leniwie opierając brodę na dłoni i patrząc na śpiącego Nimroda. Jak to się działo, że on znowu miał rację?! Że Tasha miała rację, oświadczając, że gadać to sobie może, ale ona, mądra liren, zamierza się "odciąć" i pójść polować, podczas gdy Cay uda się z samcem... tam, gdzie zamierza się udać. Nie rozumiała tego... ale może to nawet lepiej... kto kiedykolwiek zrozumiał mechanizmy kierujące sprawami damsko-męskimi...

Z zamyślenia wyrwał ją cichy pomruk. Mężczyzna zamlaskał, zamruczał i powiercił się chwilę. Dłoń spoczywająca na jej talii zacisnęła się mocniej i przycisnęła do jego ciała, jakby w geście posiadania i ochrony tego co się ma. Tyle, że on jej nie miał... teoretycznie. Pomijając techniczne "manie", które było jasne jak w mordę strzelił. Nie była jego. Była swoja własna. Ale jak w takim razie wyjaśnić to uparte przyciąganie, jakie było między nimi od samego początku. Ćma i płomień? Samoistny pęd do destrukcji? Może i tak... tylko, że w takim wypadku on znowu zniknie...
Westchnęła. Otworzył oczy.
- Dzień dobry, piękna - przywitał się miękkim, mruczącym tonem i przyciągnął ją do siebie by spić z jej ust pocałunek. Oddała przytulając się do jego ciepłego ciała i starając się wyglądać normalnie. Znał ją już jednak na tyle by wiedzieć, że za tym uśmiechem w żółtych oczach coś się kryje.
- Cay...?
- Dzień dobry - odezwała się cicho.
- Cay...
- No nie jest dobry? Jak się spało?
- Caylith z Cheysuli!
- Odejdziesz! - ryknęła prawie podrywając się z miejsca i siadając na łożu. - Znowu znikniesz. I znowu będzie mi źle. Znowu będę zwalczać przez parę miesięcy to co się obudziło i znowu będę cierpieć. By po paru latach ponownie wpaść w ten sam płomień, spopielić sobie skrzydła i zdechnąć w kupce popiołu! - wybuchła. Chciał prawdy to ją dostał.
Uniósł się na łokciu patrząc na nią z zaskoczeniem. A więc o to chodziło. Potem kącik ust powędrował mu do góry gdy słowa płynęły wartkim potokiem z tych ust stworzonych do całowania. Ale widząc, że dziewczyna nie wygląda jakby to miał być żart i następnym stadium pewnie będzie wyciągnięcie na niego miecza, też usiadł i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, złapał ją w talii, przyciągnął do siebie i zamknął usta pocałunkiem. Wczepiła dłonie w jego włosy niemal rozpaczliwie. Nie chciała, żeby odchodził. Jeśli było coś w tej chwili czego naprawdę nie chciała na świecie to właśnie tego.
- Dlaczego uważasz, że odejdę? - zapytał w końcu patrząc na nią w mroku przedświtu, oderwawszy się wreszcie od niej.
- Bo to jest kolejny raz jak tak kończymy - sapnęła. - Nie uważasz, że to lekka przesada?
Zastanowił się a potem kiwnął głową.
- A owszem. To się już więcej nie powtórzy. Koniec z powrotami.
Patrzyła na niego jak skamieniała.
- A więc... niech cię szlag ku'reshtin! - zawarczała i uczyniła ruch jakby miała ochotę wyskoczyć z łoża i odejść, nawet nago, trzaskając drzwiami. Jednak mocna ręka zatrzymała ją zaciskając się na nadgarstku. Delikatnie, ale w sposób nie pozwalający na ucieczkę.
- Uspokój się, maleńka, i nie rzucaj we mnie swymi cheysulskimi klątwami, zanim mnie nie wysłuchasz do końca. Koniec z powrotami oznacza, że już ich nie będzie. Dlatego, że zamierzam tu osiąść. W Homanie. Przy tobie. Rozumiesz Cay?
Otworzyła usta ze zdumienia.
- No jeśli nie chcesz... - wzruszył ramionami puszczając ją - to nie pozostaje mi nic innego jak się ubrać i od...
Rzuciła się na niego jak tygrysica i tym razem to ona mu zamknęła usta. Nawet nie zdążył pisnąć. Tylko cichy śmiech rozległ się w odpowiedzi na ten atak.
- Ta ćma nie spłonie. Płomień ogrzeje jej skrzydełka i doda ciepłego wiatru pod nie. Będziesz fruwać, Cay. A ja razem z tobą...

***

Na dole w karczmie na opustoszałym stole stała świeca. Jej płomień był równy, knotek długi i nawet nie skręcony z żaru. A po powierzchni woskowej spacerowała puchata szara ćma. Tam i z powrotem, rozkładając skrzydła, co i raz się podrywając by okrążyć ogień na ciepłych prądach ogrzanego przezeń powietrza. Ani jeden włosek na jej skrzydłach i ciele się nie przypiekł. W kocu siadła w ciepłej poświacie obok świecy i rozłożyła skrzydła ciesząc się blaskiem i ciepłem.
********************************************************************
Kilka obrazków głównych bohaterów tego opowiadania:)
Najemnik - Najemnik Nimrod

Spotkanie po latach

26.08.2009 :: 12:23Komentuj (0)

Jesień nadeszła niemal niezauważalnie, złocąc liście drzew, podpalając rudym płomieniem trawy, na skrzydłach odlatujących ptasich kluczy przeganiając lato. I pachniała nadchodzącymi chłodami; w wietrze, w powietrzu, w coraz zimniejszej wodzie strumieni spływających z gór.
Caylith, stojąc na skraju lasu, nieopodal traktu wiodącego do Homany, wczuwała się właśnie z półprzymkniętymi oczami w jesień. Pień siwej brzozy stanowił znakomite oparcie dla pleców, w dodatku miała jeszcze chwilę czasu do umówionego spotkania w Homana-Mujhar z Władcą – demony wiedzą czego chciał od Tropicielki – więc czemu nie. Liście spadały z szelestem i było tak przyjemnie i spokojnie... i cicho. Wyłączając Tashę, szalejącą w stercie liściastego złota jak nie puma ale większy egzemplarz dachowca...
- Kolejny raz przypominam, liren, że ćwiczę zręczność. – odezwał się lir przez Więź, wyczyniając dzikie harce bez ustanku. – i nie ma to nic wspólnego z tym co domowi nosiciele pcheł uznają za zabawę.
Cay wyszczerzyła się złośliwie, zerwała pobliską gałązkę z drzewa upstrzoną złotymi liśćmi i zrobiwszy kilka kroków, opadła na stertę obok Tashy, która właśnie leżała na grzbiecie. Piwne oko kota błysnęło na widok Cheysuli by znowu pogrążyć się w kontemplacji liścia przyczepionego do machającej przedniej łapy.
- Ach tak? A zatem jak zrobię tak – maźnęła swoją gałązką po uchu pumy – to wmówisz mi, że przyjmiesz to bez ruchu, mój ty okazie nad-kota?
- Tak! – Tasha warknęła i przez Więź i przez zęby, uparcie ignorując gałązkę Cay.
- Do czasu... kocie...
Gałązka przejechała raz i drugi po uchu a potem poruszyła się po raz trzeci i tego Tasha już nie wytrzymała. Zamachała obiema przednimi łapami, złapała gałązkę i zdobycz przyciągnęła do paszczy. Cay wybuchnęła śmiechem, a obrażony lir poderwał się na cztery łapy, wzbudzając burzę liści i na koniec zrobił sus w stronę Cheysuli. Osiemdziesiąt kilo płowego kota wylądowało na dziewczynie, która z zaskoczonym piskiem padła na plecy. Wielkie łapy ze starannie schowanymi pazurami oparły się na ramionach Cay i lir dosłownie się wyszczerzył, błyskając kłami.
- Złaź! – pisnęła ponownie Cay na wpół ze śmiechem i na wpół przyduszona, gdy ciężar kota wypchnął jej powietrze z płuc – tyy... potomkini dachowca! – ryknęła na koniec.
Poskutkowało. Tasha stoczyła się z niej.
- Zlazłam, liren – wyjaśniła na wpół zagrzebana w liściach puma – bo doszłyśmy do porozumienia.
-Hmmm?
- Ja może i jestem potomkiem dachowca, ale ty masz w sobie coś zdecydowanie z myszy.
- Co?!
- Piszczysz jak mysz. I właśnie to udowodniłaś. A poza tym cię upolowałam.

Tasha dokończyła wywód zadowolona z siebie a Cay westchnęła z rezygnacją i podniosła się do pozycji siedzącej.
- Ale nie mam mysiego ogona! Ha! – wypaliła ni stąd ni zowąd z rozbawieniem.
- Ty nie. Ale ludzcy mężczyźni owszem mają coś takiego – padła natychmiastowa riposta. – Potwierdza to więc fakt, iż bogowie stworzyli Cheysuli z myszy. I dali was lirom na pokuszenie oraz sprawdzian wytrwałości.
- Co? – Cay przeszła na rozmowę Więzią, poddając się i teraz tylko zaśmiewała się z wywodów Tashy.
- Ile normalny kot wytrzyma nim ugryzie Cheysuli.
Zareagowała jękiem. Te utarczki zawsze kończyły się tak samo. Nigdy z nią nie wygra.
- Liry! – westchnęła teatralnie, patrząc w niebo.
- Cheysuli! – przez Więź dotarła odpowiedź w tym samym tonie plus samozadowolenie – A teraz rusz się z tych liści, liren, by nie robić z siebie widowiska.
- Czemu? Nikt mnie nie widzi.
– zamarudziła.
- Ale zaraz zobaczą – Tasha wstała węsząc intensywnie w stronę traktu w kierunku przeciwnym niż miasto.
- Czterech ludzi. I tyleż koni. Sądząc po zapachu – mężczyźni.
- Aha
– mruknęła Cay i podniosła się z ziemi. Obcy nie powinni żadnego homanina widzieć w stanie innym niż godny. A ona, krótko mówiąc, wyglądała teraz jak...
- Włóczęga. Masz liścia za uchem. Idę w ich stronę węszyć. – i już Tashy nie było. Przepadła w płowych zaroślach. Caylith z kolei wolnym krokiem ruszyła w stronę konia, cierpliwie czekającego na nią obok zagajnika.
- Tasha?
- Widzę i czuję
– odpowiedź nadeszła natychmiast – Czterech mężczyzn, cztery konie. Chyba najemnicy.
- Po czym wnioskujesz?
- Jeden śmierdzi bimbrem krasnoludzkim, jeden bezustannie maca się po sztylecie i sakiewce a jednego czuć dziewczyną.
- Nie widzę związku między dziewczyną a byciem najemnikiem.
- Acha... i ma bardzo zadowoloną minę
.
Cay się uśmiechnęła.
- Pewnie amator burdeli. Bardzo mu dzwoni sakiewka?
- Nie bardzo
- Amator drogich burdeli. Najemnik. A co z czwartym?

Nastąpiła chwila ciszy.
- Uzbrojony jak reszta, śmierdzi jajecznicą na szynce... nie, na boczku... chyba jednak na szynce...
- Tasha!
- Ale to ważne. Jak się napchał tym cięższym boczkiem to bardziej bezbronny...
- Dla mnie średnio.
- Liren, coś z nim jest nie tak.
- Hmmm?
– zapytała Cay szukając tego liścia za uchem, już będąc przy koniu.
- Coś... coś jest. Pachnie człowiekiem ale nie tylko...
- Łak?
- Możliwe. Za daleko by wywąchać. Za to ciebie zaraz miną, jeśli już dotarłaś do szkapy.
- Dotarłam. Teraz już ja powęszę, liren
– odpowiedziała słysząc dyskusję i stukot kopyt na drodze.
- Powodzenia. Ja się poczaję. Tylko uważaj – ten od gorzałki nos zatyka.
Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie, opierając jednym ramieniem o siodło. Druga ręka zlokalizowała wreszcie listek. W tym czasie czterech jeźdźców zdążyło już chyba ją zauważyć, bo dyskusje ucichły.
- Hertzog, tam jest jakiś jeździec. Zapytaj. Ileż można błądzić?!
- Bo źle czytasz wskazówki, ty skilfinn. – rozległ się basowy ryk od jednego z prowadzących – Zaraz zapytam. Ej, kamracie!...
Zeskoczył ciężko z konia, a Cay na wpół ukryta za klaczką z rozrzewnieniem przywitała słowo „kamrat” na milę pachnące najemniczym żargonem. Osobnik zwany Hertzogiem ruszył w jej kierunku wielkimi krokami, a pozostała trójka zatrzymała się niedaleko i z nieco innego kąta mieli widać ogląd na „kamrata” i jego kształty, bo usłyszała po chwili okrzyk pełen zaskoczenia.
- Baba!
Hertzog, który dotarł do niej w tym samym czasie również wybałuszył oczy ze zdumienia a potem przymilnie się uśmiechnął, starając się wyglądać na niegroźnego – co przy jego prawie dwóch metrach wzrostu, bliznach, młocie bojowym na plecach i prezentowanym braku kła w uzębieniu, przyniosło odwrotny od zamierzonego efekt. Cay się wyszczerzyła z rozbawieniem.
- Baba... o, proszę o wybaczenie panienko, ale się tu panienki nie spodziewaliśmy. – bąknął, przestępując z nogi na nogę.
- Irimgard to spore księstwo, panie najemniku – wyszczerzyła się lekko – i zapewniam, że sporo kobiet napotkacie jeszcze na swojej drodze.
Kiwnął z entuzjazmem głową.
- Świetnie, świetnie, baby są mile widziane w naszym towarzystwie, szczególnie pomocne przy... – zapędził się a potem poczerwieniał na gębie. Żółte oczy Cay uniosły błysnęły rozbawieniem ale nic nie powiedziała.
- Tak czy inaczej, panienko, zmierzamy do Homany na turniej walk i zabłądziliśmy wśród tych gór wyglądających każda jedna tak samo. Czy mogłabyś wskazać nam drogę, bo ostatni chłop ni w piędź nie był pewien czy należy skręcić w prawo czy w lewo na trakcie więc zdaliśmy się na przypadek i kolejny dzień błądzimy. W dodatku jeden mój kamrat – rzucił okiem w stronę gdzie trzej pozostali jeźdźcy czekali cierpliwie – pomieniał się chyba na rozum z dziewką, którą wczoraj chęd... tego... no... blondynką była głupią i zapomniał jak mapy rysowane czytać. Albo mu dupa do głowy zbytnio poszła.
Mężczyzna znowu westchnął słysząc co wygaduje.
- Proszę o wybaczenie panienko, ale ja zwykły najemnik więc jakby panienka...
Caylith o mało nie wybuchnęła śmiechem. Mężczyzna mówił z silnym akcentem północnych księstw, jak najemnik i w dodatku plątał się w zeznaniach a jego oddech świadczył o bliskim kontakcie ze spirytusem.
- Mówiłam ci. Nie oddychaj, liren...
- Do Homany dotrzecie tym traktem jadąc prosto i nigdzie nie skręcając – pokazała na drogę. – W ciągu niecałej godziny powinniście zobaczyć wzgórze na którym miasto leży. A co do tych przeprosin to... – wzięła głęboki oddech i szczerząc się drapieżnie, klepnęła go w charakterystyczny sposób kantem dłoni w umięśnione ramię – pany niepotrzebne są, panienki takoż, zresztą jam nie panienka, a krew przelewana na polach walki czyni nas poniekąd rodzeństwem, kamracie. Więc jak jeszcze raz nazwiesz mnie panienką to tak ci gębę przefasonuję, że pół złocisza nie dałabym za to czy szczena pozostanie ci nadal w jednym kawałku. No! – dokończyła płynnie przechodząc na najemniczą gwarę z lekko północnym ostrym akcentem.
Widok jaki pojawił się na obliczu rozmówcy wart był każdej porcji jego przesiąkniętego spirytusem oddechu. Najpierw się zdumiał, potem zdumienie zastąpił wyraz zszokowania by na koniec wyraz uszczęśliwienia pojawił się na jego twarzy. Oto baba gadająca jego językiem. W dodatku baba z figurą baby i najemnika. I uzbrojona – wzrok Hertzoga natychmiast prześliznął się po tęgim łuczysku przy siodle, mieczu na biodrze i miękkiej postawie wojownika jaką Cay przybierała odruchowo. I na koniec spoczął na jej twarzy zauważając w końcu niezwykłą barwę oczu. No tak – Cheysuli. Wszak był w państwie gdzie się gnieździli.
- Kamratka! - ryknął i nim zdążyła zareagować porwał ją wielkimi łapami w niedźwiedzie objęcia i ścisnął tak, że wydusił z niej oddech. – Jam że się śmierci spodziewał niż kogoś z naszych tak daleko od dawnych linii frontu. Ty tu zamieszkujesz obecnie? W Homanie?
- Taa... mój dom, moja ziemia, wróciłam z wojny i tu siedzę. – uwolniła się z objęć patrząc na niego z rozbawieniem. – najemnik w końcu musi przestać być najemnikiem.
Stuknął ją pięścią w ramię, bardzo lekko ale i tak się zatoczyła do tyłu. Towarzysze Hertzoga z niemym zaskoczeniem patrzyli na pantomimę i nagłe dziwne zachowania przywódcy ale nadal czekali cierpliwie.
- Najemnikiem raz będąc zostajesz na zawsze, kamratka, nie pleć. Ale nie przedstawiłem się – Hertzog Niedźwiedziem zwany z Piątej Kompanii Rindon. Byłej Piątej Kompanii – dodał z westchnieniem. Po wojnie większość takich kompanii najemniczych po prostu się rozwiązała, więc Cay przypuszczała, że to samo stało się i z jego własną. – A ty, kamratka?
- Byłam w Wilczym Szponie Duncana ale mogłeś o mej kompanii nie słyszeć bo niewielka była. Siedmiu chłopa i dowódca – mruknęła – Siedzieliśmy zwykle na linii frontu przy północno wschodnich granicach Rim.
Spojrzał na nią z nagłym szacunkiem na twarzy.
- Kamratka... – westchnął patrząc, jak na jakie dziwo – Przecież o was było głośno wśród naszych. Wyście kąsali jak wilki wroga z zarośli. Ponoć Wilki potrafiły wykosić pół oddziału po kryjomu, zanim się wróg zorientował, że jest atakowany. A wasz dowódca... – aż zakląskał z językiem z zachwytu. – Raz żem spotkał Szarego Basiora i mówię ci kamratka, żem się czuł jako niemowlę przy gigancie chociaż on był niższy ode mnie. To chyba autioratetem nazywają czy jakoś.
Cay uśmiechnęła się z lekkim smutkiem.
- Duncan był... wyjątkowy, Hertzogu – potwierdziła lakonicznie, ale on głupi nie był i zauważył formę przeszłą. Skłonił głowę z szacunkiem dla tego który odszedł i pięścią jak bochen klepnął się w przeciwne ramię. – Bogowie poznają swego, Wilczyco. Był taki jak ty, złote oczy... – mrugnął i przyjrzał się jej uważniej – a mówią, że w Wilczym Szponie było tylko dwoje Cheysuli. On i jego... Jesteś Caylith, Wilczyco?
Kiwnęła głową z kolejną porcją rozrzewnienia przyjmując nowe określenie zarezerwowane dla kobiet z jej kompanii. Wilczyca... bogowie, tyle lat minęło a nadal ktoś o nich pamięta. Hertzog nagle odrzucił kudłatą rudą głowę do tyłu i zawył jak ranny zwierz, by po chwili spojrzeć na swoich do tyłu.
- Kamraty! Ona nasza! To Wilczyca z Wilczego Szponu, dzieciak Duncana... ale spotkanie...
- Liren czy wszystko w porządku? Ten człowiek wygląda niebezpiecznie...
- To najemnik, Tasha. Inaczej wyglądać nie może. Wszystko w porządku.

Rzuciła okiem na resztę, która zaczęła zgodnie wyciągać głowy w jej stronę.
- Wilczyca? To jakieś są tutaj? Trza hołdy składać czy jaka dżuma... – dobiegły ją urywane strzępki rozmów. Zaśmiała się cicho.
- Uprzedź kamratów, że za jakiekolwiek hołdy – pogryzę.
- Oni to wiedzą, Wilczyco. Wasza reputacja ciągnie się za wami jak smród po gaciach krasnoludzkich – wyszczerzył zęby – Ale skoro przyszło się nam spotkać w takich okolicznościach, to może ruszysz z nami? Piwem oblać i ochrzcić trzeba to spotkanie. A i przy okazji pewnie zechcesz wiedzieć o paru rzeczach jakie się dzieją z niektórymi z twej kompanii byłej. Najemne ucho słyszy wiele...
- By wykorzystać to później ku swej korzyści – dokończyła z zadowoleniem jedno z porzekadeł i wybuchnąwszy cichym śmiechem wskoczyła lekko na konia. – Pewnie, Hertzog. Pojadę z wami ale czy pochlejemy razem to nie wiem. Mam parę spraw do załatwienia.
- Niedźwiedź, wilczyco – poprawił ją i ruszył z powrotem podczas gdy Cay i jej wierzchowiec postępowali za nim – Najemnicy tak mnie zwą, chociaż niektórzy zapominają, ze imienia mego nie lubię. Wolę przydomek. – łypnął okiem na jednego z kompanów, który skulił się lekko.
Cichy szelest zarośli, który dotarł do jej wyczulonego ucha powiedział jej, że Tasha była obok i mierzyła całą kompanię czujnym okiem. Ale lir był albo mądry albo złośliwy – pojawienie się teraz pumy pewnie wystraszyłoby ich tudzież spowodowało nerwową reakcję związując cyngle od kusz i jej kocie ciało w niezbyt przyjemny sposób. A zatem powędrowała równolegle do nich zaroślami.

Hertzog Niedźwiedź był gadatliwy. W ciągu drogi dowiedziała się zarówno o tym co się działo po wojnie z jego kompanią, nim samym i kilkoma północnymi księstwami, jak również poznała przepis na wybuchową mieszankę pewnego alchemika z Rindon, który zanim wysadził się w powietrze przysporzył światu wdów i sierot wojowników, którzy mieli pecha znaleźć się po niewłaściwej stronie barykady.
- Ale skąd ty w takim razie ją znasz? – przyjrzała mu się ciekawie gdy kopyta koni zaczynały już stukać po coraz bardziej kamiennym bruku drogi a trakt przestał być tak bezludny. Mury Homany rosły w oczach. Niedźwiedź wyszczerzył się.
- Wilczyco, ta mieszanka to nic innego jak jedna z najlepszych wódek wydestylowanych przez tego pijaka do której przypadkowo w pijanym widzie dodał pewien składnik, którego ci nie zdradzę, chyba że... – uczynił charakterystyczny gest łapówkarski. Pokręciła głową z uśmiechem na co on westchnął ciężko i wzruszył ramionami – Ktoś zapłaci za tą informacje, tuszę... a tak się składa, że byłem przy nim jak dokonał tego odkrycia, tak więc sekret przetrwał tu. – klepnął się w czoło.
Koledzy Hertzoga byli mniej rozmowni niż on, pozwalając mu mleć jęzorem i wymieniając jakieś komentarze między sobą. Cay niespecjalnie słuchała, chociaż mogłaby postawić sztukę złota, że część dotyczyła jej. Nie dał jej nawet szansy poznać ich imion, przedstawiając ich jedynie jako zbieraninę z przypadkowych kompanii – towarzyszy drogi, zmierzających na homański turniej walk. Wyjątkiem wcięcia się w słowotok Niedźwiedzia był okrzyk jednego z nich.
- Dzika bestia nas śledzi! Macie ktoś kuszę, to ustrzelę i będzie piękna etola...
- Mam się na niego rzucić teraz czy trochę później, liren? – zgryźliwy komentarz Tashy i miękkie uderzenia łap uświadomiły Cheysuli, że lir dołączył niemal niepostrzeżenie do kompani i teraz kłusował szybko zrównując się z jej koniem. Niedźwiedź wychylił się do tyłu rzucając za nią okiem na wielkiego kota a potem warknął do kompanów.
- Wilczyca to Cheysuli, idioci. Oni mają te... no... inteligientne bestyje. Wilk Basiora też taki był, więc nie grzebać mi tu za kuszami.
Ręce się zatrzymały, wymieniono kilka spojrzeń i ktoś gwizdnął z zaskoczenia. Zapewne dla nich był to pierwszy kontakt z lirem. Hertzog spojrzał jednak z lekkim niepokojem na Cheysuli.
- To twoja bestia, no nie?
Kiwnęła głową z uśmiechem, a on wyprostował się z lekką ulgą w siodle. – Szczęście to – zapomniałem, że zmierzamy do miasta gdzie ponoć zwierze z lasu chodzą wolno i gadają.
- A ja zapomniałam, że najemnicy śmierdzą tak, że szkoda na nich kłów. To jak... mogę kogoś pogryźć dla uzyskania większego szacunku?
- Nie gryź nikogo. To tylko najemnicy. Co oni wiedzą o lirach poza kilkoma opowieściami.
- Mogli by się nauczyć skoro słyszeli o Serri i Duncanie. W kwestii tego osobnika o którym ci mówiłam, że coś mi w nim nie pasuje – podczas całej drogi wpatrywał się z fascynacją w twoje plecy. Nie wiem czy bodaj raz odwrócił wzrok.
- Ciekawe... i coś wiesz więcej? Łak?
- Nie wiem, liren
– Tasha była niezadowolona – nie pachnie łakiem. Pachnie... no nie wiem. Nie znam zapachu. Ale coś jest ... coś...
Caylith odwróciła się lekko w siodle, niby sprawdzając umocowanie łuku i kołczana i powiodła wzrokiem szybko po reszcie najemników. Dwaj dyskutowali na temat ceny piwa a trzeci z kapturem na głowie ocieniającym twarz wpatrywał się w swoje ręce trzymające wodze konia.
- Moment temu tam nie patrzył...
Cheysuli zmrużyła oczy i już miała odwrócić głowę gdy nieznajomy uniósł wzrok. Niebieskie tęczówki napotkały jej oczy. Cay przeszedł dreszcz. Takie dziwne, dzikie spojrzenie. Takie... och, na bogów, w jakiś sposób znajome... Oczy mrugnęły i odwróciły się w stronę kompana, który o coś pytał. Cay z dziwnym wrażeniem odwróciła się z powrotem w siodle gdyż właśnie wjeżdżali przez bramę miasta. Nie mogła się od tego wrażenia opędzić jeszcze dobrych parę chwil, nieco lakonicznie odpowiadając na pytania Hertzoga, który jednak nie zauważył tego klnąc pod nosem na tłumy i włażących pod kopyta konia piechurów.
Poproszona o polecenie jakiejś dobrej gospody z nie chrzczonym piwem skierowała ich do południowej dzielnicy i tam, gdy już zsiadali przed karczmą pożegnała się z Hertzogiem i jego ludźmi z poziomu ziemi.
- Wilczyco, bierzesz udział w walkach turniejowych? – puścił ją z niedźwiedziego uścisku i wyszczerzył się gdy złapała gwałtownie oddech. Pozostała trójka zsiadała z koni i kłóciła się, kto zapłaci za picie.
- Oczywiście. Z przyjemnością zobaczę jak padasz w proch pod moim mieczem. – błysnęła drapieżnym uśmiechem a on ryknął basowo z rozbawieniem.
- Aha... czyli mówisz, że ulegnę ci i zostanę przez ciebie zdominowany?! – kiedy chcesz i gdzie chcesz, wilczyco. A teraz już pójdę, nim chłopaki wezmą się za łby i rozpirzą karczmę zanim zdążymy się napić. Do jutra wilczyco – błysnął niekompletnym uzębieniem w najemniczym uśmiechu i klepnąwszy ją w miarę delikatnie kantem dłoni w ramię tak jak to mają w zwyczaju najemnicy, ruszył do karczmy. Cay chwyciła wodze i już miała wskakiwać na Noc gdy zauważyła czwartego z kompanii, który według Tashy wiercił dziury w jej plecach wzrokiem. Teraz dla odmiany jawnie patrzył na nią spod kaptura. Kiwnęła mu głową z szerokim uśmiechem.
- Najemniku, pogadamy sobie w końcu na miecze, jeśli też bierzesz udział w walkach.
- Biorę, Cay – rozległ się znajomy, niski i leciutko kpiący głos. Wystarczyło to by ją zastopować we wsiadaniu na koń. Wystarczy. Teraz się dowie kto to. Ruszyła w jego stronę z groźnym nieco wyrazem twarzy i zatrzymała się przed nim. Był wyższy od niej, mocno zbudowany ale nie tak jak Niedźwiedź. Raczej... harmonijnie z tego co mogła zaobserwować pod płaszczem. Szczupły... wojownik... spod burej wełny okrycia wierzchniego na moment pojawiła się skóra utwardzanej zbroi. A zza ramion wystawały dwie rękojeści mieczy.
- Kim... – zaczęła ale wtedy uniósł ręce i opuścił kaptur. Ciemne włosy opadły na ramiona w nieładzie a spomiędzy nich błysnęły niebiesko zielone oczy. Twarz najemnika pokrywał lekki kilkudniowy zarost. Dziewczyna wlepiła zdumione spojrzenie w niesamowicie znajomą twarzy, która wiązała się z najbardziej niesamowitą nocą w jej życiu. Uśmiechnął się... drapieżnie, z rozbawieniem ale i z odrobiną ciepła, a Cay zmiękły kolana.
- Nie zmieniłem się chyba aż tak przez te trzy lata, Kocico, co?
- Nimrod... – westchnęła starając się wziąć szalejące w piersi serce w karby i usztywnić kolana. A ten ku’resthin widział jakie wrażenie robi i uśmiechnął się szerzej.
- We własnej osobie. Przyjechałem na turniej a skoro ty też w nim weźmiesz udział... ponownie się zmierzymy. I zapewne z podobnym zakończeniem jak ostatnio... – pochylił się nieco w jej kierunku a jego niesamowite oczy zabłysły wspomnieniami, które dzielili. Tymi słodkimi, gorącymi wspomnieniami... Przymknęła oczy starając się powstrzymać lekkie drżenie ciała.
- Jeśli wygram... zakończenie będzie inne, Nim – zdobyła się na pomruk otwierając oczy i patrząc na niego z wyzwaniem.
- Naprawdę w to wierzysz, Kocico? – ślepia mężczyzny zabłysły jak dwie latarenki i cicho się zaśmiał, klepnąwszy ją lekko w ramię. Cofnął się parę kroków tyłem kierując się w stronę karczmy i bez ustanku wiążąc ją swoim spojrzeniem i uśmiechem. – Wracam nim mi całe piwo wychleją. Do jutra, Kicia.
I już go nie było. Patrzyła jak zaczarowana w zamknięte drzwi karczmy a potem zaklęła na cały głos i to takim językiem, że wszystkie Wilcze Szpony byłyby z niej dumne. Odwróciła się w stronę konia i prawie potknęła o Tashę patrzącą na nią podejrzliwym spojrzeniem. Ominęła lira, wskoczyła na siodło i ruszyła w stronę Homana-Mujhar.
Wrócił. Wrócił!? Ponownie wpadł w jej życie gdy myślała, że wszystko już ma poukładane. A miała już nigdy go nie zobaczyć... i jeszcze myśli, że ma nad nią władzę. Otóż nie ma! Nie będzie jej tu świecił ślepiami i uśmiechał się, wprawiając ją w euforię samą swoją obecnością. Będzie silna i się nie da. I koniec!
Ale łatwiej było to powiedzieć umysłowi i nakazać mu spokój, niż przekazać to samo polecenie ciału, które zaczęło zachowywać się jakby miało własny rozum. Własny drżący na samą jego obecność rozum, który tęsknił za nim wściekle przez długi czas i jak się okazało, tylko przysnął na te parę lat. Bynajmniej nie zapominając jak im ze sobą było. I teraz się obudził a ona... ona nie potrafiła się temu co się z nią działo przeciwstawić.
- Ale wpadłam... – mruknęła z rezygnacją – o bogowie... ale jeśli myśli, że uda mu się zaciągnąć mnie do łóżka to się grubo myli.
Dobra decyzja. Mocna. Władcza. Cay stwierdziła, że znów ma nad sobą kontrolę.
Tasha kłusująca obok patrzyła na nią w zaskoczeniu. Odbierała dwie całkowicie sprzeczne wonie od swej Cheysuli i w końcu zaintrygowana postanowiła o to zapytać, wykańczając Cay tym zdaniem i załamując ją doszczętnie. Jak to miała w zwyczaju:
- Liren, ja nie chcę się wtrącać w te mocne i wolne myśli ale skoro tak w ogóle ten mężczyzna nie ma nad tobą władzy... to dlaczego pachniesz jak samica w okresie godowym?

Wyrokiem tahlmorry

26.08.2009 :: 12:16Komentuj (0)

Świt zajrzał przez okno. Za szybko i za ostro jak dla jej oczu. Przewróciła się pod futrami i na oślep pomacała za mężczyzną, by przytulić się do niego i ponownie zasnąć. Nie było go. Cay niechętnie otworzyła jedno oko by sprawdzić gdzie poszedł. Widok jaki zobaczyła podziałał na Cheysuli jak ostroga na konia. Siadła i z obydwojgiem oczu szeroko otwartych patrzyła na to co on wyrabia.
Oto Coen kompletnie ubrany i bardziej przebudzony niż to bywało normalnie o tej godzinie, wtykał właśnie zapasową parę spodni i koszulę do wypchanego worka podróżnego. Ilość rzeczy, które już tam włożył świadczyła zarówno o godzinie o której musiał zacząć się pakować, jak i o długości planowanej wyprawy. Musiała być... długa...
Zauważył, że się obudziła sądząc po tym jak zaczął miętosić w dłoniach koszulę nie chowając jej do worka.
- Shansu... – głos był tak cichy, że niemal go nie usłyszała.
- Shansu – wykrztusiła nadal nie posiadając się ze zdumienia. – Co się dzieje? Dokądś jedziesz?
Jak zwykle dążyła prosto do celu i nie miała zamiaru dać się zbyć czymkolwiek. Widać zdawał sobie z tego sprawę bo schował koszulę szybkim ruchem do worka.
- Tak. Muszę wyjechać. Nie wiem na ile, ale jest parę spraw, które muszę wyjaśnić.
Aż się zagotowała na ten zimny, profesjonalny ton. Człowiek którego znała od dzieciństwa, którego poznała ponownie kilka miesięcy temu... z pół roku pewnie już będzie... ten człowiek zniknął. I nagle pojawił się ten ponury pakujący się wojownik. Który ma do załatwienia parę spraw. Zagryzła wargi by powstrzymać kilka ostrych słów jakie pętały jej się na końcu języka.
- Mam prawo wiedzieć jakie to sprawy? – zapytała niskim spokojnym głosem. Prawie pomrukiem.
- Masz. Ale nic ci one nie powiedzą, Cay. Związane są ze mną samym. I z moją rodziną. Nic więcej nie ma sensu mówić. Ani – uniósł rękę gdy otwierała usta by coś powiedzieć – ani nie pozwalają na zabranie cię ze sobą. Tylko ja i Torryn. I mój koń z bagażem.
- Kobieta? – zapytała ze zwodniczym spokojem. Liberalne podejście Cheysuli do cheysul i mei jha było ogólnie znane w całym królestwie, ale mało kto spoza rasy wiedział z jakimi emocjami wiązało się dogadanie pary w tych sprawach. Oni ustalili wierność. Więc jeśli usłyszy teraz...
- Nie, meijhana – prawie się uśmiechnął. Prawie. – Żadnej kobiety nie ma. Raczej nie sądzę, żebym jakąś spotkał. To sprawa bardziej ducha niż ciała. Po prostu muszę wyjechać.
- Ktoś ci każe?! – nie wytrzymała i warknęła prawie – O ile się nie mylę Cheysuli są panami sami sobie. Pomijając władzę Mujhara nad nami.
Ku jej zdziwieniu kiwnął głową.
- Tak.
- Kto!
- Tahlmorra.
To jej zamknęło skutecznie usta na dłuższą chwilę, podczas gdy on się pakował dalej. Tahlmorra – kształtująca los ich wszystkich. Przeznaczenie. Coś co jest ponad rasą, królami, wolą jednostki. Jej własna tahlmorra zaprowadziła ją tu, aż do niego. A jego tahlmorra właśnie go od niej zabierała. Zacisnęła zęby. Tahlmorra się nie walczy ale nie mogła ot tak...
Popatrzył na nią ze spokojem w żółtych oczach. Jak zwykle wyczytywał z niej wszystko do samego końca. Ale nie powiedział nic. Usiadł i wyciągnąwszy rękę, dotknął jej policzka.
- Caylith... – ton był miękki, cichy i tak pełen współczucia, że poczuła łzy zbierające się w kącikach oczu. – Muszę wyjechać. Sam. Nie sprzeciwię się temu co mi każe to zrobić. Tak jak ty posłuchałaś swojej tahlmorry i na kilka miesięcy sprawiłaś, że świat zabłysł dla mnie ponownie pełnią życia.
Zamilkł. A jej brakowało słów.
- Nie wiem kiedy wrócę. Nie wiem czy wrócę – mięśnie szczęki zadrgały mu gdy wypowiadał ostatnie słowa. Szczerość. Tak jak się umawiali. Nie oszczędzał jej niczego ani nie łagodził słodkimi słówkami. Dłoń ociągająca się przy jej policzku opadła. Wstał i sięgnął po spakowany wór podróżny.
- Jeśli wrócę... będę pamiętał o tym co sobie przysięgliśmy kiedyś. – powiedział odwracając głowę w jej stronę zanim otworzył drzwi od sypialni. – I jeśli jeszcze będziesz mnie chciała...
Nie dokończył. Nie widziała jak wyszedł. Zacisnęła mocno oczy słysząc tylko kroki na drewnianej podłodze, a potem ciche powitalne, pomruki wielkiego niedźwiedzia i rżenie konia do którego przytraczał bagaż. Cheysulski zwyczaj nakazywał żegnać się w domowym zaciszu by wojownika nie osłabiał na duchu widok płaczącej kobiety. Zwyczaj nakazywał...
- Ku’reshtin ze zwyczajem – warknęła i zawinąwszy wokół siebie poły futrzanego okrycia wypadła z domku za nim. Jeszcze nie wsiadł na siodło. Dopinając popręg poczuł obecność dziewczyny. A może Torryn to mu przekazał. Tak czy inaczej Cay zatrzymała się na moment przestępując z nogi na nogę na zimnej zroszonej trawie i patrzyła jak się prostuje. A potem... rzuciła się w jego kierunku i zawisając prawie na jego wysokiej postaci wycisnęła mu na ustach pocałunek, który nie pozwoli mu zapomnieć o niej. Który sprawi, że wróci. Przecież bogowie nie będą tak okrutni by dawać jej kolejną lekcje i karać za coś stratą następnej ważnej osoby... Jehan... rujholla... mei jhan...
Objął ją mocno ramieniem w pasie i oddał całus z taką samą pasją. A potem puścił gwałtownie jakby była płonącym kawałkiem drewna i wskoczył na siodło nie oglądając się nawet.
Chwilę później patrzyła już na znikający w oddali zad konia i ciemny kształt biegnącego niedźwiedzia.
- Tahlmorra luj’halla mei wiccan, cheysu... – odezwał się głos jej drugiego ja. Tasha stanęła przy niej i pocieszająco oparła się barkiem o jej nogę.
- Och zamknij się... – warknęła Cay i ruszyła do domu.
***
Seria chwil, które wywróciły życie Cay do góry nogami, rozpoczynając nową erę...

Lir wydający straszne odgłosy w środku nocy kilka tygodni później i wtórujące mu echa z niedalekiego obozu cheysulskiego... znak, że coś się stało z jednym z nich...

"Torryn odszedł." - głos Tashy w jej umyśle. Spokojny cichy, pełen pogodzenia się z tahlmorrą. Ostateczny.

Nóż z niedźwiedzim łbem wygrawerowanym na rękojeści wypadający z rąk dziewczyny i tonący w trawie gdy siłowała się z ta myślą w środku nocy przed domem... nóż, którego nigdy już nie podniosła.

Noc - kara klaczka czekająca cierpliwie o świcie przed domostwem Cheysuli, obładowana zaledwie dwoma worami z rzeczami Caylith a obok niej lir...

Caylith z pochodnią w dłoni patrząc na swoje domostwo i z oczami bardziej niz suchymi.

Coś się kończy...

Pochodnia lecąca w stronę dachu i ogień zajmujący z rykiem drewno, pochłaniający żarłocznie deski skropione dodatkowo smołą... nigdy więcej tu nie wrócą. Ani ona ani Tasha.

Stygnący stos gruzów, który był kiedyś ślicznym domostwem, na które padły pierwsze promienie jesiennego słońca... Cheysuli wskakująca na klacz i odjeżdżająca z tego miejsca... błysk srebra w trawie gdzie upuściła nóż...

- Wracamy do domu, liren?"
- Wracamy do domu. Do Homany."

Coś się zaczyna...

Na dobrej drodze

19.08.2009 :: 13:14Komentuj (0)



Skąpana w słońcu polana w środku leśnej głuszy była świadkiem przedziwnego zdarzenia. Rzecz działa się w południe, na dzień następujący po pierwszym nowiu przesilenia wiosennego. Delikatny wiatr poruszał liście dębów, bogato obrastających całą okolicę. Usytuowane w niewielkiej dolince, powstałej na skutek działalności rzeki płynącej tędy przed wielu laty, koryto zmieniło swój bieg, pozostawiając po sobie jedynie niewielki strumyczek będący pozostałością po sile, którą dysponowało. Strumyk ów po woli spływał po ścianie urwiska tworząc niewielki wodospad, ledwie wspomnienie wodospadu z przed lat. Jesienią ubiegłego roku po niezwykle obfitych opadach rzeka na powrót nabrała mocy podmywając korzenie i obalając na ziemię potężny dąb powodując powstanie tworu przypominającego most łączący obydwa skraje koryta rzeki. Miejsce owo bardzo szybko znaczenia symbolicznego nabrało w klanie Cheysuli i stało się miejscem spotkań i debat wszelakich.
Dnia, o którym mowa, na ową polankę przybyło sześć istot : dwa jastrzębie, dwie pumy oraz dwa niedźwiedzie. Jastrzębie majestatycznie wylądowały na lewym skraju
obalonego giganta jakim dąb był bez wątpienia zaś po drugiej jego stronie z
zarośli wyłoniły się niedźwiedzie oraz pumy. Zwierzęta owe nie walczyły ze sobą
ani w żaden inny sposób nie okazywały agresji mimo iż konkurować winny między
sobą. Nawet niewprawny podróżnik domyśliłby się kim owe istoty były. Cheysuli
wraz z Lirami przybyli w to miejsce rzecz wagi niezmiernej dla dwojga z nich
ustalić.
Jeden z jastrzębi zasiadający na gałęzi drzewa usytuowanego po lewej stronie rzeki sfrunął na ziemię. Ludzką postać przybrał odkrywając swe prawdziwe oblicze. Był to Nerses – dumny i waleczny przywódca klanu Cheysuli Zaproszony tu przez jedno z dwojga przybywających po drugiej stronie rzeki. Zarówno puma jak i niedźwiedź nabrali ludzkich kształtów. Caylith jako pierwsza na most weszła ku jego środku się kierując, zaś krok za nią podążał Coen. Przekroczywszy rzekę przywitali się z dowódcą oddając mu hołd należny jego stanowisku.
- Nersesie – rzekł Coen – poprosiłem o to spotkanie ze względu na przebieg ostatnich wypadków oraz tego co się z nimi wiąże. Losy moje i Caylith od lat wielu związane ze sobą były zaś nawet czas nici przez Tkaczkę plecionych osłabić nie zdołał. Wczoraj wieczorem poprosiłem by mą cheysulą została zaś Ona zgodę swą wyraziła. Przeto zgodnie z panującym zwyczajem stajemy przed Tobą by o akceptację prosić.
Wojownik, nie dał po sobie poznać, co czuje, gdy usłyszał te słowa. Zastanawiał się, czy to przysłuży się proroctwu, przy ich małej ilości. Caylith ledwo co, zdołała poznać dary krwi. Sięgnął myślą, a jego oczy zmatowiały, Piorun pisnął głośno na gałęzi drzewa,po chwili oczy Nersesa przybrały kolor głębokiej czerni, począł głośno i szybko wymawiać słowa w starej mowie, takie o których oni, dawno zapomnieli, podszedł dwa kroki na przód, a poruszał się w niezwykły sposób, jak Kaleka, dla którego każdy krok jest katorgą, jedno ze słów zrozumieli - Tahlmorra lujhala mei wiccan,cheysu ( Los człowieka zawsze spoczywa w rękach bogów ). Oczy jego stały się normalne, wyprostował się, pot pociekł mu strużką po czole, głowę opuścił powoli na dół. Jak zwykle po kontakcie, którego tak bardzo się wystrzegał, z jego uszu, popłynęła powoli krew, przyzwyczajony był już do tego, jednak do bólu głowy, jaki będzie go nawiedzał , przez najbliższe dni, już nie. Cena to olbrzymia, za zbyt rozwinięty dar myślmowy. Spojrzał na Coena i Cay i rzekł powoli
- Bogowie, są pełni obaw, decyzje zostawiają mi, a ja - zrobił długą przerwę - ja`hai powiedział i zaśmiał się szeroko - i bardzo wam gratuluje


Ucieszyły Coena te słowa i niewiele się namyślając sięgnął do lewej, wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyjął z niej niewielką, zdobioną szkatułkę zaś z jej wnętrza ręcznie wykonany i bogato zdobiony naszyjnik z wizerunkiem niedźwiedzia. Podszedł
bliżej do Caylith by ów symbol jej na szyi zawiesić pieczętując w ten sposób
oficjalnie związek obojga – Tahlmorra lujhala mej wiccan, cheysu
– rzekł cicho do ucha wybranki – Z woli Pradawnych, mocą krwi i
wyrokiem tahlmorry, pragnieniem serca i duszy oraz z błogosławieństwem Wodza
Klanu biorę Ciebie Caylith za cheysulę dopóki Tkaczka nie przetnie Nici naszych
żywotów.
Caylith odwróciła się do Coena. Uśmiechnęła się. Nie kpiarsko czy zawadiacko jak miała to w zwyczaju... uśmiechnęła się z ciepłem i bogactwem uczuć nie wypowiadanych za często wśród ludzi ich rasy, jakich żaden mężczyzna jeszcze u niej nie widział. I nie zobaczy poza tym jednym, póki Tkaczka nie uzna za stosowne rozciąć ich Nici przeznaczenia na Wielkim Krośnie, nici, które zdążyły się już tak bardzo spleść, że same z siebie tworzyły barwny wzór. Tahlmorra była nadana przez bogów. Ale serce było jej własne i to ono zdecydowało ostatecznie o tym, że wybrała tego Cheysuli by był jej towarzyszem życia. Naszyjnik ogrzewał się od ciepła jej ciała, przepięknie wyrzeźbiony lir błyszczał w złocie w otoczeniu szlachetnych kamieni, ale dla Cay miał wartość jako dar zaślubinowy - a ta wartość była droższa od każdego kruszcu w łonie ziemi. Spojrzała na cheysula raz jeszcze z powagą przynależną temu świętemu obyczajowi i powtórzyła słowy przysięgi -  Z woli Pradawnych, mocą krwi i wyrokiem tahlmorry, pragnieniem serca i duszy oraz z błogosławieństwem Wodza Klanu biorę Ciebie Coenie za cheysula dopóki Tkaczka nie przetnie Nici naszych żywotów.
Nerses spojrzał na oboje, ścisnął ramię Coena i Caylith, po czym ponownie postać
jastrzębia przybrał i wzbił się w powietrze by wraz ze swym Lirem zniknąć za
koronami drzew i pozwolić im, samym już wstąpić na nowa drogę …
Caylith przymknęła oczy gdy Coen dotknął jej ust swoimi i do tej pory ich nie otworzyła wsłuchując się w szepty w jej krwi i cheysulskiej duszy. Raptem otwarła je patrząc na niego, oderwała się od niego na moment i wolnym ruchem uniosła prawą dłoń rozcapierzając palce dłoni w znajomym obojgu geście.
- Tahlmorra...wyszeptała. Szept był cichy a dziewczyna nie spuszczała z niego oczu z każdą sekundą rozumiejąc coraz więcej z tego co bogowie jej przekazywali. W końcu dłoń poruszyła się, ale tylko po to by dotknąć jego twarzy. Ciepły blask pojawił się w jej oczach gdy stanęła na palcach i
przyciągnęła jego usta do swoich …

Kobieta i mężczyzna

08.01.2009 :: 13:41Komentuj (0)

- Nie, na bogów to jest po prostu niemożliwe, paskudne zajęcie! Jak ty możesz lubić być rzemieślnikiem – wykrzyknęła zdumiona dziewczyna pochylając się na swoją robotą. Jej pierwszy własnoręcznie zrobiony łuk. Wyglądał nieco koślawo, gryfy były ciut nierówne, a ramiona wymagały potężnej porcji polerki. Właśnie w tym momencie Cay opierając się wygodnie o ścianę domku myśliwskiego rodzeństwa D’Kar, i wyciągnąwszy przed siebie długie nogi w jasnych spodniach ze skóry jelonka przesuwała po górnym ramieniu łuku ostrym pilnikiem usiłując zlikwidować przeklęte zadry i nadać broni choćby odrobinę charakteru. Robota szła opornie, materiał choć najlepszy na łuki był trudny do obróbki, tak więc dziewczyna siedząc nad tą robotą co jakiś czas rzucała dla rozrywki okiem na 2 istoty, które kręciły się niedaleko. Tashę, która przyczajona w trawie zachowywała się nie jak poważny lir ale jak mały domowy kociak skacząc na motylki...
- O wypraszam sobie. Ćwiczę refleks...
I Coena. Cay uśmiechnęła się dyskretnie patrząc jak w pozycji strzeleckiej kilkanaście metrów dalej celuje do tarczy zbitej z kilku desek, wypróbowując swoje nowe dzieło. Minęły dobre dwa, trzy miesiące odkąd ponownie się poznali, ale dziewczynie zdawało się jakby te dziesięć lat w ogóle się nie zdarzyło. Pomijając fakt dorośnięcia i wyrobienia sobie osądów na pewne sprawy – charaktery obojga pozostały mniej więcej takie same jak kiedyś. Znali się i po przełamaniu lekkiej nieśmiałości (co zajęło dosłownie paręnaście minut w trakcie pierwszej rozmowy) zaczęli snuć historie na temat tego co działo się z każdym przez ostatnie lata nie pomijając szczegółów natury osobistej. Cay niezwykle ulżyło gdy się dowiedziała, że nie ma on ani mei jha ani cheysuli na oku, czego nie omieszkała skomentować przez Więź Tasha na swój typowy bezpośredni sposób. Cóż dziewczyna jednak mogła poradzić na to, że coś ją do Coena strasznie ciągnęło. Siłą rzeczy przebywali więc sporo w swoim towarzystwie, oraz reszty ich dawnych towarzyszy zabaw. Teraz jednak towarzystwa nie było. Tylko oni i ich liry.
Cięciwa brzdęknęła, a strzała ze świstem wypuszczona wbiła się w deskę o palec od środka z głuchy odgłosem. Mężczyzna skrzywił się i opuścił rękę.
- Muszę poprawić nośność – mruknął – a twoje komentarze Cay też nieco rozpraszają.
Łypnął na nią okiem ale w końcu się uśmiechnął patrząc na jej minę. W końcu podszedł i przyjrzał się krytycznie jej dziełu, kucnąwszy obok.
- Źle trzymasz, dziewczyno. Popatrz...
Odłożył swój niemal ukończony łuk i ująwszy jej dłonie ustawił je odpowiednio na jej własnym mizernym dziele. Caylith zagryzła wargę, gdy od ciepła jego palców dziwna energia rozlała się po jej ciele sięgając aż do zakamarków duszy i bardzo się postarała wziąć w karby i dosłyszeć instrukcje, którą ją uraczył.
- ... posuwiście w górę. Nie tnij kantem jak nożem. Powoli i spokojnie.
Pozwoliła jego dłoni przejąć kontrolę rzuciwszy okiem na Tashę, która najzwyczajniej w świecie wlepiała w nią piwne ślepia i wpatrywała się intensywnie.
- Liren... co ty wyrabiasz...
- Szukam...
- Czego?
- Twojego zrozumienia i głosu bogów w twoim umyśle.
- Czyli?
- Lir nie może otwierać oczu wojownikowi gdy wojownik jeszcze jest ślepy jak nowonarodzone kocię.
- Liren...
-Wola bogów –
kocica odwróciła wzrok i złożywszy głowę na przednich łapach zakończyła dyskusję. Cay zaś nie pozostało nic innego jak grzecznie wysłuchać reszty instrukcji i próbować dalej.
Na szczęście po pewnym czasie naprawdę zaczęło jej to wychodzić i gdy ramiona łuku zaczęły nabierać gładkości a słońce chylić się ku zachodowi, Cheysuli ruszyła się z miejsca i podążyła do domku myśliwskiego odłożyć swój łuk. Tu było bezpieczniej dla jej broni i bliżej do rzemieślnika.
Coena zastała grzebiącego w jakimś kufrze, skąd wyciągał jakieś kawałki skóry zszyte ze sobą i kładł je na stosik na brzegu stołu.
- Carra mówiła, że potrzebujesz paru rzeczy by się należycie wyekwipować. Oto więc masz. Część robiłem ja, część Riana, część Carrwallyn. – wskazał na stosik złożony ze skórzanego odzienia i butów, do tego połyskującego złotego kolczyka, grubego skórzanego pasa i o dziwo czegoś co wyglądało jak zwiewny materiał – rzecz, z jakiej Cay nigdy nie zrobiłaby odzienia dla siebie. Uśmiechnęła się od ucha do ucha gdy krytycznie otaksował wzrokiem jej sylwetkę, udając, że nie zauważa gdy męskie spojrzenie nieco bardzie ociągało się przy jednych częściach ciała niż przy innych.
- Myślę, że będą na ciebie dobre – uśmiechnął się oderwawszy w końcu wzrok od jej kształtów.
Spojrzała na stos rzeczy, które Coen wygrzebał i w tym momencie górę wziął nad rozsądkiem jej przewrotny charakter. I ciekawość zarówno w kwestii co on zrobi oraz jak się zachowa.
- Jest tu gdzieś miejsce gdzie mogłabym sprawdzić czy te rzeczy są dobre dla mnie? Bo chociaż jestem niewymownie wdzięczna za pomoc to wdzięczność ta nie obejmuje rozbierania się pod twoim spojrzeniem - zaśmiała się z rozbawieniem i jeszcze raz rzuciła niezmiernie zdziwione spojrzenie na zwiewną szatę, która była wśród rzeczy.
Mężczyzna speszył się nieco gdyż nie przewidział zbytnio zaistniałej i nazbyt kłopotliwej sytuacji.
- Wejdź proszę tutaj - otworzył drzwi do sąsiedniej izby. Pod ścianą na środku pokoju stało niewielkie łoże nakryte skórami rozmaitymi zaś z każdej jego strony ułożone były jako "dywaniki" skórki wilcze i niedźwiedzie. - To sypialnia mojej siostry lecz nie powinna mieć nic przeciw byś wykorzystała ją jako przebieralnię - mężczyzna uśmiechnął się i gestem ręki zaprosił do środka. - Do swojej nie zaproszę gdyż nieco dziwnie wyglądało by to i dwuznacznie zrozumiane być mogło. Choć może dnia pewnego... - zamyślił się chwilkę - kto wie cóż los nam wyszykował.
Wybuchnęła cichym śmiechem ale po wesołych iskierkach w oczach widać było, że niezwykle bawi ją speszenie wojownika. Podeszła do niego tak blisko, że oboje dzieliło ledwie parę centymetrów. Delikatny zapach kojarzący się z łąką albo lasem otoczył go ciepłą mgiełką. Dziewczyna przechyliła głowę z uśmiechem patrząc na niego i ponownie czując ten przedziwny prąd, ciepło budzące się w sercu, jakąś tajemnicza tęsknotę, jak wtedy gdy szukała lira. Przez moment zamyślenie pojawiło się w jej oczach, ale zaraz iskierki rozbawienia i chyba wyzwania wróciły do jasnych oczu Cheysuli.
- Coen... gdyby chciała cię zaprosić do łoża bądź pewien, że inaczej bym to sformułowała. I nie musiałbyś się domyślać ani peszyć. Chcę jedynie przymierzyć ekwipunek.
- Akurat, liren...
- I zapewniam, że wyjdę stamtąd równie ubrana jak teraz.
Uśmiechnęła się jeszcze raz z błyskiem w niesamowicie żółtych oczach, poklepała go lekko po kaftanie na piersi i ruszyła do wskazanej komnaty zamykając szczelnie drzwi.
Tam zamiast ubierać odzienie siadła na łożu i wpatrzyła się w ślepia Tashy, która wśliznęła się razem z nią. Po iskierkach zniknął ślad. Cay była najwyraźniej zszokowana.
- Liren mnie się chyba to śni ale... myślisz, że on jest w jakiś sposób częścią mojej tahlmorry?
Płowa kocica wskoczyła na łoże i oparła ciężką głowę na udzie Caylith.
- Liren tyle lat jesteśmy związane ale nigdy nie wykazywałaś się jakimś szczególnym ograniczeniem umysłowym. Ja wiem, że tahlmorre nie jest łatwo odkryć... ale czemu nie zaufasz swoim osądom. Nigdy cię do tej pory nie myliły.
- Ale Coen? Znamy się od dzieciństwa i zawsze był mi bliski. Bliższy nawet niż brat, którego nigdy nie miałam, tak bliski jak...
- cheysul?

Cay zamilkła. Z jakiegoś powodu ofiarowała mu kiedyś nożyk a on poprosił by była jego cheysulą. Z jakiegoś powodu tak się dziwnie czuła w jego towarzystwie. I ten powód właśnie się ujawniał jej zaskoczonym oczom. Zagryzła wargę i zamknęła oczy coraz lepiej to rozumiejąc. Wyczuła, że jej lir ponownie patrzy na nią przenikliwie.
- To jest moja tahlmorra. Jeśli jest on jej częścią... ona jest moja. Nie jego. A jeśli ja nie jestem częścią jego tahlmorry?
- Bogowie są okrutni tylko w najbardziej skrajnych przypadkach
– ciężka łapa poklepała ją delikatnie po udzie – nie jesteś aż tak wyjątkowa by mieli cię zauważyć i karać nieodwzajemnionym uczuciem. Poza tym... myślę, że nie tylko ty masz takie rozterki... – piwne oczy się przymknęły i jak zwykle ku frustracji Cay, liren skończyła rozmowę w najmniej odpowiednim momencie. Aczkolwiek napełniła ją optymizmem. Cay z uśmiechem zaczęła przymierzać nowy ekwipunek. Tymczasem z drugiej strony drzwi mężczyzna otrząsnął się z chwilowego szoku i zażenowania i przywołał ponownie przed oczy krągłości ciała odchodzącej z gracją Caylith. „Szkoda że ściany nie są przezroczyste” pomyślał rozmarzony i oczekiwać począł na powrót pięknej Cheysuli.
Z pokoju dobiegały przyciszone szelesty skóry i pomruki zaskoczenia.
- Spodnie pasują! - rozległ się śmiech - i kaftan też... i to na bogów wspaniale pasuje. Świetny z ciebie rzemieślnik, jeśli to akurat ty go zrobiłeś. - dodała wychodząc z pokoju i po drodze zapinając pas. Wyglądała... pięknie... wszystko klasycznie opięte tam gdzie trzeba. Podniosła głowę w końcu i uśmiechnęła się szeroko. Między czarnymi włosami błysnął kolczyk w kształcie lecącego jastrzębia.
- Tylko naramienniki od Riany coś nie bardzo... - westchnęła - będę musiała własnoręcznie je zrobić by uhonorować lira. Więc? Wyglądam jak Cheysuli? przechyliła głowę na bok z niezwykle rozbawioną miną... a może i nieco kokieteryjną? Szybkie spojrzenie jakim obrzuciła jego zgrabną, męską figurę oraz wyraźne zadowolenie z wyniku oględzin, a także coś tajemniczego w oczach czego z pewnością wcześniej nie widział, jasno świadczyły o jej konkretnym zainteresowaniu, którego nawet nie starała się ukrywać – jak na kobietę Cheysuli przystało.
- Wyglądasz jak najpiękniejsza z Cheysuli - rzekł podchodząc wolno do kobiety. Lewą ręką chwycił delikatnie ją w talii przesuwając dłoń lekko ku tyłowi, zaś prawą wplótł w czerń jej włosów, odsłaniając pomału ucho. Przysunął ją wolno do siebie by na koniec na ustach złożyć delikatny pocałunek trwający ledwie kilka sekund. Następnie odsunął bez zbędnego pośpiechu głowę w tył i rzekł ledwo słyszalnym szeptem:
- Czyż trzeba jeszcze słów bym opisał co czuję? - zapytał spokojnym i zdecydowanym tonem.
Cay zadrżała co się nigdy dotychczas jej nie zdarzyło w kontaktach z mężczyznami. Po prostu się ich nie bała a ich awanse nie robiły na niej wrażenia. Tego też się nie bała , ale drżenie nie było spowodowane strachem tylko... myśli odpłynęły gdy odpowiadała na pocałunek, wsłuchując się w to coś co dzięki swemu lirowi dojrzała wyraźniej. Coś co rozpoznała na nowo mimo dziesięciu lat oddzielenia ich dwojga i co nie zmieniło się wcale. Chyba tylko po to by dojrzeć jak dobre wino i uderzyć do głowy i serca w taki sposób, by zignorować już tego nie potrafiła. Cheysuli nie mówili o miłości, ale na bogów, jak mogła zignorować tak jasne sygnały zarówno swego serca, rozbudzonej wreszcie tahlmorry jak i jego zachowania. Nie mogła i nie chciała. Nigdy więcej. Chciała Cheysuli. Tego Cheysuli i żadnego innego. On był jej tahlmorrą a ona jego tahlmorrą. I tak miało być już zawsze...
- Ja’hai Caylith tahlmorra ru’mai. Ru’shalla- tu – odezwał się przez Więź ledwo dosłyszalny głos jej drugiego ja – pełen zadowolenia. A potem szmer kroków odchodzących dyskretnie lirów. I zostali tylko oni dla siebie. I nic więcej nie było potrzebne.

Obrazki

07.12.2008 :: 18:18Komentuj (0)

By uatrakcyjnić odbiór opowiadań i przybliżyć bohaterów, postanowiłam pododawać do historyjek obrazki przedstawiające ich:) I tak w większości opowiadań znajdziecie je na końcu zależnie od tego czy dany bohater się pojawił i jak wielką role odegrał. Raczej nie zamierzam powtarzać obrazków więc sugeruję oglądać od najstarszych opowiadań:)
Dodane obrazki najbardziej odpowiadają moim wyobrażeniom o postaciach i nie są moją własnością ("pożyczyłam" je z rozmaitych stron) więc jeśli trafisz tu przypadkiem na swoją pracę i nie spodoba ci się to bardzo proszę o sygnał na maila: Caylith_sr@interia.pl
Przyjemnego czytania;)

Łuk i Lir

06.12.2008 :: 22:09Komentuj (0)

Nie było nic piękniejszego nad lasy Irimgardu... zieleń, świeżość, wolność, obcowanie z naturą, której każdy Cheysuli czuł się częścią... Nic więc dziwnego, że i ta Cheysuli pół życia spędziła w lasach... nawet jeśli niekoniecznie były Irimgardzkie. Całe dnie i noce na polowaniach i gonitwach z lirem - gdy tylko wojenka pozwalała... cóż mogło być piękniejszego nad magię ziemi. Gdyby lasy te wyszły z jej własnej wyobraźni nie mogłyby być piękniejsze i bardziej żywe.
Cay wciągnęła zielone powietrze głęboko w płuca i spojrzała na płową kocicę, która przeciskała się między krzewami. Dzikie piwne oczy spojrzały w równie dzikie żółte.
- Wszystko dzięki bogom, liren, którzy dali tę krainę Cheysuli, wraz z lasami i równinami. Oraz z tym stworzeniem, które koniecznie chciałaś upolować. Bezskutecznie zresztą. Było za szybkie.
Ton, który zawsze kojarzyła z Tashą wplótł się w jej umysł tkając w nim znajomy nieco złośliwy wzór. Cay westchnęła ciężko patrząc na to co się stało z jej ukochanym łukiem. Cięciwa zwisła smętnie, gdyż jeden z gryfów był nadłamany. Nadto inskrypcje w Starej Mowie na grzbiecie i obu ramionach, tak pięknie wykonane przez Duncana, jej jehana, wiele lat temu, zeszpeciły obtarcia, jakich łuk się nabawił zjeżdżając z większej wysokości po kolczastych krzewach. Przeniosła spojrzenie na Tashę, która siadła obok niej w plamie słońca i zmrużyła oczy.
- Liren ja wiem, że bogowie to stworzyli i codziennie składam im za to dzięki. Za lasy, zwierzęta, magię w naszej krwi, liry... chociaż wolałabym by jeden z nich miał mniej ostry język – dodała z wyrzutem, w myślomowie patrząc na kocicę – a ten jeleń wcale nie był aż tak szybki. Coś mnie rozproszyło. I dlatego nie trafiłam.
- Nie trafiłaś bo spadłaś z drzewa.
Caylith westchnęła głośno. Żaden Cheysuli nigdy z lirem nie wygrał potyczki słownej, więc nie było co próbować. Zamiast tego spojrzała raz jeszcze na swój smętny łuk i powoli skierowała się z obrzeży lasu, gdzie przeprowadziły tą przemiłą rozmowę, w stronę przedmieść Irimgardu. Lir podążył za nią cichym, miękkim krokiem okazyjnie kłapiąc paszczą na latające w powietrzu muszki.
Komentowanie ostatniej wypowiedzi Tashy uznała za poniżej jej godności (na co kocica zareagowała wysłaniem przez Więź czegoś w rodzaju rozbawionego wzruszenia ramionami w wykonaniu lira). Fakt spadnięcia z drzewa też nie był zbyt miłym doświadczeniem, i wyskubując resztki gałązek z włosów postanowiła dla odmiany posmakować ludzkiego towarzystwa – a tak konkretnie sprawdzić czy ten rzemieślnik, o którym tyle słyszała – ktoś z rodu D’Kar jak głosiła wieść – faktycznie potrafi zdziałać cuda z jej bronią. Nowej kupować nie chciała.
- Albo on naprawi, albo będziesz musiała sama się nauczyć wreszcie naprawiać swój własny łuk. Co się może stać konkretną możliwością, jeśli wojownik ten gdzieś wyjechał.
- Nie sądzę by gdzieś wyjechał. W lasach pełno zwierzyny...
- I takich ofiar jak ty, które polować nie umieją...
- Tasha!
- Tylko stwierdzam fakt.

Dalszą dyskusję przerwała Cay rozglądając się pilnie po budynkach w poszukiwaniu warsztatu człowieka o którym jej mówiono. Zauważywszy go w końcu podeszła do drzwi z zaciekawionym lirem przy boku.
Lekkie staccato w drzwi dało znać właścicielowi, że ktoś czegoś chce z drugiej strony. Co ciekawe rozległ się dodatkowo pomruk wydany przez dzikiego kota i przyciszony damski głos:
- Liren, nie dyskutuj... jak go teraz nie ma to przyjdziemy później. Ten łuk naprawdę wymaga naprawy. No ale co on może teraz robić...
Ciężkie westchnienie rozległo się na koniec zupełnie jak u wojownika, który przegrał pojedynek na słowa z lirem.
Wysoki, żółtooki i czarnowłosy mężczyzna zaprzestał czyszczenia broni i spojrzał w kierunku legowiska umieszczonego tuż obok kominka z którego dało się usłyszeć cichy dźwięk, który wydał z siebie przeciągający się niedźwiedź.
- Lirze - rzekł lir poprzez więź łączącą obydwu - ktoś czeka za drzwiami. Mógłbyś wreszcie zakończyć polerowanie tego kawałka drewna, które trzymasz w ręku. Kobiecie poświęcasz mniej uwagi.
Mężczyzna wstał, wyciągną się i rozprostował ścięgna zastałe po parogodzinnym wykonywaniu jednej czynności.
- Torryn ... musisz być aż tak bezpośredni? - rzekł Cheysuli na głos by utwierdzić oczekującą na zewnątrz osobę iż nie trudziła się na darmo. - Wiem iż wedle Twego uznania posługiwanie się bronią jest raczej czynnością całkowicie zbędną lecz gdy nie przybieram postaci niedźwiedzia jest to jednak moja broń tak jak twą są pazury i kły.
Wojownik podszedł do drzwi i otwarł je zdecydowanie acz nie nazbyt gwałtownie by nie spłoszyć osoby za nimi stojącej oraz wielkiego kota, jak się okazało, który był jej towarzyszem. Na widok kobiety skinął głową na przywitanie i gestem zaprosił do wejścia
- Witaj Pani. Wejdź proszę i rozgość się. Wieści o Twym przybyciu rozchodzą się niczym wiatr i z podobną co on wieje prędkością. Sława twa i dokonania w dziedzinie sławienia dobrego imienia Naszej rasy na długo wyprzedziła Twe przybycie.
Mężczyzna wyprostował się i uśmiechnął nieznacznie gdy wchodziła do izby. Niedźwiedź wygrzewający się przy ogniu uniósł się i powoli począł podchodzić by powitać nowego gościa
- Cóż sprowadza Cię w me skromne progi? - zapytał wskazując miejsce na kanapie na którym mogłaby spocząć oraz kobierczyk obok legowiska niedźwiedzia, gdzie mógłby spocząć jej kot.
Przemowa zaskoczyła ją niezwykle i zamarła w miejscu ze zdumieniem w oczach. Płowa kocica, która do tej chwili stała opierając się niemal o jej kolano, machnęła ogonem mrucząc cicho, zupełnie jakby się z niej śmiała i udała się w stronę kudłacza by wymienić powitanie w myślomowie z lirem wojownika. Jemu samemu Cay uważnie się przyjrzała zwracając też uwagę na nagły chaos w jej skądinąd spokojnej do tej pory duszy. Coś jakby nagle się przebudziło do życia po bardzo długim śnie i energicznie zaczęło się rozglądać, budząc... co? Tego nie potrafiła zrozumieć. Jak i tego dlaczego jego twarz wydała jej się niezwykle znajoma. Widząc jednak, że za chwilę będzie nieuprzejma tkwiąc tak w jednym miejscu i gapiąc się na niego, Caylith po chwilowej konsternacji uśmiechnęła się szeroko.
- Nie wiedziałam, że jedna Cheysuli jest w stanie narobić tyle szumu wśród jej podobnych. Witaj. Jestem Caylith i z pewnością nie jestem aż tak sławna jak twierdzisz - wyciągnęła rękę na powitanie wchodząc do pomieszczenia i rozglądając się ciekawie. - A co do tego co tu robię... zaznajamiam się na nowo z resztą Cheysuli w pierwszej kolejności, w następnej kolejności poznaję okolicę, a w trzeciej zaglądam do ciebie zastanawiając się czy jesteś w stanie coś zrobić z moim łukiem.
Zdjęła z ramienia typowy łuk cheysulskiej roboty, który wyglądał jednak na nieco sfatygowany, ale wykonanie było przepiękne – Ile razy wyruszam na łowy w okolice miasta, wracam ze zdobyczą, zazwyczaj... ale moja broń wymaga napraw prawie za każdym razem po tych łowach - westchnęła ciężko. Raz jeszcze popatrzyła na wojownika przenikliwie świdrując go żółtymi oczami i nie mogąc się oprzeć coraz silniejszemu wrażeniu, że go zna. Ród D’Kar nie był aż taki liczny, więc przypuszczała, że kiedyś mogli się znać. Chyba, że ten Cheysuli był z innej gałęzi rodu. Zawadiacki uśmiech ponownie się pojawił na jej ustach..
Mężczyzna uścisnął dłoń w geście powitania po czym wzrok swój przeniósł z kobiety na oręż którym władała.
- Broń to zaiste przednia i widać kunszt jej twórcy - zamyślił się przez chwilkę nad żłobieniami jakie na niej powstały i zdobieniami które nadawały jej charakter - Łuk doskonałej roboty lecz jak sama Pani stwierdziłaś bardziej on do ozdoby służy niźli do ataku czy polowań. Mogę wykonać jeno dla Ciebie łuk przedni, który urodzie nic ujmować nie będzie zaś wartości bojowej nieco nabierze.
Ponownie na kobietę spojrzał by w falach jej włosów niemal utonąć i głębię spojrzenia odgadnąć próbując.
- Czy życzysz sobie bym teraz ów oręż wykonał? Jako iż czasy teraz raczej niespokojne, zaś wrogowie za każdym zakrętem czyhają - zapytał niechętnie wzrok swój na dzikiego kota, leżącego spokojnie obok niedźwiedzia przenosząc. - Piękny jest twój Lir i zapewne w boju zaprawiony?
Kiwnęła głową w odpowiedzi na pochwałę i na ustach pojawił się ciepły ale jakby nieco podszyty smutkiem uśmiech. - Mój jehan wykonał ten łuk dla mnie na cheysulską modłę kilka lat temu. Ale zapewniam, że nie służy li tylko do ozdoby. Nigdy z niego nie chybiłam. Problem pojawia się gdy przeciwnik do którego celuję nagle umyśla sobie zniszczyć mi broń.
Zignorowała komentarz liren, która uprzejmie przypomniała, że ona spadła z drzewa, a jeleń po prostu uciekł. Zamiast tego przyjrzała się spokojnie wojownikowi - I nie jestem żadną panią. Jestem Caylith, lub Cay, jak w dzieciństwie mnie nazywano i jak się obecnie większość ludzi do mnie zwraca. I tyle wystarczy. Reaguję na to imię. Uśmiechnęła się wesoło czując jak coraz bardziej lubi tego Cheysuli - Na razie nie potrzebuję nowego łuku. Chciałabym się za to dowiedzieć czy możesz mi pomóc naprawić ten. Z lekkim wahaniem wyciągnęła łuk do wojownika - widać nie lubiła się z bronią rozstawać.
Mężczyzna odwzajemnił uśmiech.
- Gdzie moje maniery. Me imię to Coen.
Coen... wspomnienia z dzieciństwa napłynęły nagłą falą, a dziwny niepokój w duszy nasilił się tak alarmująco, że Cay nie wiedziała co ze sobą zrobić. Wspólne gonitwy po lasach, podbieranie pierwszego łuku, wreszcie obietnica...Dziewczyna musiała zebrać wszystkie siły by zachować spokój. On nie wyglądał jakby ją poznawał. Wszak minęło ile... ponad dziesięć lat od kiedy się ostatnio widzieli. Jednak mimo spokoju na twarzy, w oczach pojawił się jej ciepły uśmiech gdy dotarły do niej kolejne jego słowa.
- Z przyjemnością Ci Cay pomogę gdy życzyła sobie tego będziesz. Jeśli zaś o naprawę zniszczonej broni idzie polecam dwa rozwiązania. Zostaw ją u mnie a naprawie ją i odeślę lub sama w mieście cech przekuwaczy odwiedź i tam broń ową naprawić możesz - uśmiech nadal nie schodził z jego oblicza, zaś oczy cieszył widokiem nowo przybyłej Cheysuli.
Kiwnęła głową uśmiechając się szeroko.
- To się cieszę, że znajdę w tobie kogoś, kto może mi pomóc przy broni. Póki nie nauczę się sama ma się rozumieć. To chyba nie jest takie trudne? - zapytała z zainteresowaniem w dzikich żółtych oczach, których spojrzenie na moment stało się odległe - Cay rozmawiała z lirem. Ale tylko na chwilę, bo Tasha głośno zamruczała a Cay ponownie skupiła zrezygnowany wzrok na wojowniku.
- Ona twierdzi, że w życiu się tego nie nauczę - roześmiała się lekko.
- A moja liren ma doświadczenie w boju takie jak zdobywają dzikie koty. Ale bardziej niż pazurów i kłów obawiam się jej ostrych myśli - mrugnęła z rozbawieniem.
Roześmiał się głośno i szczerze, a Cay aż skręciło z wrażenia.
- Ten sam śmiech, na bogów, tylko niższy głos, liren to Coen... Coen... – podzieliła się z kocicą zachwyconą myślą nie odrywając od niego spojrzenia.
- Owszem, Coen D’Kar, brat Carwallyn, której lirem jest jedna z moich pobratymców. A ty się tak nie gap na niego głodnym wzrokiem, liren, bo wyglądasz jakbyś miała się zachować zaraz jak modliszka.
- Nie gapię się! I nie prawda. Ja się tylko za nim stęskniłam a on mnie chyba nie poznaje
– dodała z oburzeniem w tonie. – A poza tym modliszka rzuca się na samca w celach posiłkowych gdy go już wykorzysta w celach...
- No właśnie...

Caylith urwała strumień myśli i podziękowała bogom za ciemną karnację Cheysuli, nie ujawniającą rumieńców, podczas gdy Coen nieświadom dyskusji przez Więź ciągnął dalej:
- To chyba cecha każdego z Lirów. Torryn też nieraz strofuje mnie i poucza z typowym dla siebie "zacięciem" - spojrzał wymownie na niedźwiedzia - Każdy z nas niegdyś przybył do tych krain i na nowo poznawać musiał otoczenie i zasady nim panujące. Wszystko przyjdzie z czasem i o wiele szybciej niż mogłabyś przypuszczać. Jedna rzecz jednak się nie zmieni - zamyślił się głęboko nad doborem słów - klan zawsze trzymał się i trzymał się będzie razem nie pozwalając krzywdzić swoich pobratymców.
- Ja zostałam pokonana przez moją liren w wyścigu czworonożnym - wybuchnęła cichym śmiechem gdy płowa kocica zamruczała głośno i mrugnęła okiem - gdy ją wyzwałam na to za kąśliwe komentarze... no i wygrała a ja mało nie złamałam łapy skacząc przez pień i rów za nią. Trzeba było usłyszeć potem jak mi wkładała do głowy, że liry są mądrzejsze od wojowników i należy jej słuchać... bo zawsze ma rację. Wstała z gracją z miejsca i podeszła do legowiska gdzie jej piękny lir leżał i łypał na nią okiem. Przesunęła dłonią po gładkim jak aksamit futrze na jej boku a w obu parach oczu pojawiło się niesamowite podobieństwo i zrozumienie. Bez wątpienia lir i jego wojowniczka byli świetnie dobrani do siebie.
Oderwała się od kocicy i odwróciła ku wojownikowi z uśmiechem w oczach, które w półmroku pracowni zdawały się niemal świecić.
- Każdy lir ma swój rozum i niestety każdy lir uważa, że bez jego rozumu jego wojownik by przepadł. Chociaż z tym się nie zgodzę - mrugnęła wesoło.
Po chwili westchnęła ciężko. Denerwowało ją, że nadal nie dawał do zrozumienia, że ją poznaje. Przecież nie zmieniła się aż tak przez te lata. A ponieważ nie było w jej zwyczaju zostawiać spraw nie rozwiązanych podeszła nieco bliżej i przyjrzała się mu lekko mrużąc oczy w zadziornym uśmiechu.
- Zostawię ci mój łuk, Coen. Mam nadzieje, że okażesz się lepszym rzemieślnikiem naprawiając go teraz, niż 10 lat temu. I że nie będę ci musiała ponownie podstawić nogi... bo chyba nie będziesz przede mną z nim uciekał... szczególnie, że wreszcie wróciłam do domu...
Wiedziała jakie wrażenie te słowa zrobią, niemniej bardzo ją wyraz kompletnego osłupienia na jego twarzy rozbawił. Błysnęły białe zęby w uśmiechu, który opromienił twarz dziewczyny. Wzięła łuk i włożyła mu go w dłonie... paradoksalnie przypomniał jej się pewien dziecinny nożyk, który mu kiedyś dała, gdy oboje byli jeszcze bardzo młodzi. Ceremonia Noża, dziecinna obietnica... na bogów jak ona za nim tęskniła...
Spojrzała raz jeszcze na niego.
- Ja już pójdę. Może uda mi się odszukać tropy pewnego jelenia, z którym mam do wyrównania rachunki. – powiedziała spokojnie – i pozwolę ci wrócić do przerwanych zajęć. Chyba, że chciałbyś przejść się ze mną i sprawdzić jak bardzo się zmieniliśmy przez te dziesięć lat...
- Modliszka szykuje się do ataku...
- Liren... bo poszczuję cię niedźwiedziem...
- Torryn popiera moje zdanie ale oświadczył, że ugryzie w tyłek swego lira jak nie pójdzie on z tobą...

Caylith z drżącymi ze śmiechu kącikami ust patrzyła na Coena czekając na jego decyzję.
Parę minut później niedźwiedź, wielki płowy kot, oraz dwoje Cheysuli wędrowało w stronę lasu pogrążywszy się w rozmowie.
********************************************************************
Kilka obrazków głównych bohaterów tego opowiadania:)
Coen - Coen

Cena krwi

06.12.2008 :: 21:47Komentuj (0)

Euforia z uzyskania przebaczenia i oczyszczenia się przeminęła ostatecznie kilka dni później i to w sposób gwałtowny. Serri, który wędrował raźno przy karoszu jehana całą drogę pewnego poranka nie mógł się podnieść na nogi. Przestraszona patrzyła jak Duncan pogrąża się w rozmowie z wilkiem. Coś było nie tak. Zaczęła sobie przypominać, że wilk szedł mniej raźno niż zwykle i że upolowana zdobycz, która liry łaskawie się czasem z ludźmi dzieliły, nosiła ślady pazurów i zębów Tashy częściej, niż normalnie, mimo, że oba liry polowały wspólnie. Składała to wszystko na karb zmęczenia Serri i tego, że nie był już tak młody. Ale teraz wyglądało na to, że to nie starość i powaga wilka tylko coś gorszego. Coś znacznie gorszego...
Duncan siedział pogrążony w Więzi z Serri długie godziny. W tym czasie ona zajęła się obozowiskiem i końmi zerkając na parę z coraz większym niepokojem. Niepokój stał się obawą, gdy wyczuła, że Duncan używa leczniczej magii na swym lirze a potem wycofuje się z połączenia szaro-blady na twarzy.
- Nie mogłem... – wychrypiał gdy zapytała go co się stało – nie mogłem znaleźć źródła choroby. Tak jakby... była ulotna. Jakby nie miała źródła i wzięła się znikąd. On cierpi. A ja nic nie mogę zrobić. Mogę tylko cierpieć razem z nim.
Patrzyła z rosnącym przerażeniem jak ułożył się na podsuniętym kocu i przygarnął do siebie leżącego Serri. Wilk i wojownik w kwiecie wieku. Towarzysze tak wielu przygód, ale chorobie nie potrafili uciec ani nie potrafili jej zwalczyć.

Serri odszedł tej nocy.

Obudził ją dziwny dźwięk, jakiego nie słyszała nigdy wcześniej. Zerwała się z posłania z dłonią na mieczu by zobaczyć jehana skulonego przy niemal wygasłym ogniu. Kołysał się klęcząc w przód i w tył, w przód i w tył. Z jego ust wydobywał się ni to jęk, ni to zawodzenie... trak wypełnione stratą i bólem, że nie musiała pytać Tashy o stan Serri. Szary wilk leżał tak jak wcześniej w objęciach jehana, z głową na jego kolanach. Oczy zasnute bielmem i charakterystyczna bezwładność powiedziały dziewczynie wszystko.
Podeszła do Duncana i położyła mu nieśmiało dłoń na ramieniu zagryzając wargi do krwi. Zdało się, że nawet tego nie zauważył nadal kołysząc się ale po chwili jękliwy dźwięk się urwał.
- On nie żyje. Ja nie żyję.
- Jehanie...
- Cheysuli bez lira nie jest Cheysuli. Nie jest człowiekiem. Jest cieniem. Cień nie ma życia.
Głos mężczyzny był pusty, wyprany z emocji poza rozpaczą pobrzmiewającą w każdym słowie. Odwrócił głowę i spojrzał na córkę oczami, które były na wpół oszalałe z bólu straty.
- Taką płacimy cenę za Więź i boskie dary...
- Jehanie...
Przerwał jej tak jakby wiedział o co chciała prosić.
- Cień nie ma życia i nie zna spokoju. Tylko śmierć mi go da. Na rodzinnej ziemi. Nie odejdę teraz, choć, bogowie wybaczcie, niczego nie pragnę bardziej. – przyciągnął martwego wilka bliżej w objęcia – Zabiorę nas troje do domu. A potem uzyskam spokój.
To był koniec rozmowy. Pozwoliła mu cierpieć tym razem w milczeniu i położyła się na swoim posłaniu patrząc w gwiazdy. Wiatr niósł zapach lasów. Byli dzień drogi od przełęczy, która ich doprowadzi do Irimgardu. Koniec długiej drogi. Tylko dlaczego musiała się kończyć tak tragicznie...
Nim wkroczyli w granice Irimgardu jesień nagle się skończyła i zaczął padać drobniutki śnieg. Tym razem ona prowadziła. Jehan trzymał martwego lira w objęciach. Płaszcz szarpany wiatrem nie zasłaniał jego ramion przed widokiem. Były boleśnie nagie. Tak jak płatek lewego ucha. Duncan pozbył się Złota Lira, które otrzymał tyle lat temu na Ceremonii Honorów. Nie miała śmiałości pytać co z nim zrobił. Zresztą nawet nie była pewna czy zrozumie jej pytania. Oddalał się od niej coraz bardziej, skupiony tylko na tym by nie oszaleć całkowicie i na trzymaniu Serri w ramionach.
Powoli minęli usiane odłamkami skalnymi wzgórza i zjechali w równiny Irimgardu. Wielkie lasy z zielono rdzawej mgiełki stawały się coraz wyraźniejsze, aż pewnego dnia leśne olbrzymy zastąpiły im drogę. Wydeptany trakt który biegł obok lasu doprowadzi ją prosto do obozu klanu i Homany. Ją i Tashę. Droga Duncana kończyła się tutaj.
Wojownik zeskoczył ostrożnie z konia i podał lejce Caylith. Przy siodle został cały jego ekwipunek i broń. Jemu nie było nic potrzeba. Ostrożnie ułożył wilka na ziemi i wyciągnął z juk owinięty w płótno kanciasty pakunek.
- Weź to – powiedział cicho – mnie nie będą już potrzebne.
Wyczuła pod materiałem złoto zdobione runami. Naramienniki i kolczyk. Nie wyrzucił ich jednak ani nie zakopał. Kiwnęła głową z szacunkiem chowając je do swoich toreb i zeskoczywszy z konia popatrzyła na jehana. Powolnym gestem schylił się na nią i dotknąwszy jej głowy ciężką dłonią wymamrotał błogosławieństwo w Starej Mowie dla wojownika ruszającego w drogę. Żółte puste prawie puste oczy popatrzyły na nią z czułością. Potem podniósł ciało lira i zamknął w ramionach.
- Wsiądź na konia i jedź. Nie oglądaj się. Nie patrz jak odchodzę.
Próbowała zaprotestować, w sumie sama nie wiedziała dlaczego.
- To ostatni rozkaz jaki ci wydaję jako jehan i dowódca. Nie patrz jak odchodzę.
Pokiwała głową i starając się nie beczeć wskoczyła na konia i zebrała wodze obu. Powoli ruszyła w stronę traktu. Duncan, który kiedyś był Cheysuli patrzył za nią. Dumnie wyprostowana kobieta na końskim grzbiecie. Nie obejrzała się ani razu. Krew z jego krwi.
- Cheysuli i’halla shansu – westchnął – O Roylane... – dodał, wypowiadając pierwszy raz od wielu, wielu lat imię ukochanej cheysuli – byłabyś taka dumna z naszej córki...
Człowiek, który niegdyś był Duncanem z Cheysuli, zbrojmistrzem Mujhara i pierwszym mieczem Irimgardu, odwrócił się twarzą w stronę lasów i potykając się nieco, wszedł między drzewa z martwym lirem w objęciach, by odnaleźć swoją śmierć i spokój. Taka była cena cheysulskiej krwi.
***
Namioty były ciemnoszare od deszczu, chłostającego Irimgard, chociaż, jak pamiętała większość miała jasne żywe barwy i ozdoby w postaci malowanych lirów. Teraz wszystko było takie same pod wpływem narastającej burzy. Jechała w niej cały dzień, by wreszcie dotrzeć do bram obozu.
Wojownik stojący na straży zbliżył się szybkim krokiem, a dziki ptak utrzymujący równowagę na jego ramieniu zatrzepotał mokrymi skrzydłami, gdy zeskoczyła z siodła na mokrą trawę. Jedno spojrzenie mężczyzny na kolor jej oczu i włosów wysuwających się spod przemoczonego kaptura, a także na Złoto Lira na ramionach sprawiło, że szerokim gestem wskazał na otwartą bramę. Następne, rzucone na czaprak konia jehana i miecz do siodła przytroczony sprawiło, że mężczyzna z szacunkiem pochylił głowę. Wiedział, kto wrócił. Liry były strasznymi plotkarzami.
- Witaj w domu, Cay. Nie było cię wiele lat, ale mam nadzieje, że nie zmieniłaś się dla nas tak jak i obóz klanu nie zmienił się dla ciebie.
Przyjrzała mu się uważnie, ale nie była w stanie powiedzieć, czy ten Cheysuli był kiedyś jej towarzyszem zabaw. Widząc brak rozpoznania w jasnych oczach dziewczyny, wojownik błysnął zębami.
- Borrs, syn Cilleana – przedstawił się i uchwycił wodze karosza jej jehana – pozwól, że zaprowadzę cię do przywódcy. Myślę, że ucieszysz się wiedząc kto nim został...
Pozwoliła mu paplać a sama chłonęła widoki, mokre namioty, liry biegające na czterech łapach jak cienie w ustającym deszczu, zółtookie dzieci biegające za lirami... Tashę, która przywitała się z drugą pumą nieco ciemniejszą niż ona i chyba o innym kolorze oczu... wszystko było znajome i jednocześnie obce. Przeczuwała, że będzie musiała poznać wszystko i wszystkich na nowo. Ale to był dom...
Borrs drapnął w płachtę okazałego namiotu i usłyszawszy zaproszenie wejścia wypowiedziane spokojnym tonem odchylił klapę. Z wnętrza buchnęło ciepło, zapach mokrego pierza skrzydlatego lira i piwa miodowego grzejącego się w kociołku nad ogniskiem. Rosły Cheysuli z poważną twarzą podniósł się od ognia i zbliżył do niej.
- Witaj wśród nas Caylith, córko Duncana i Roylane. Jeśliś głodna, będziesz nakarmiona. Jeśliś strudzona, czeka cię bezpieczny spoczynek.
Ciepło. Bezbrzeżne ciepło ogarnęło ją z siłą, której się nie spodziewała. Wróciła. Wrócili. Długa droga do domu nareszcie się zakończyła.

I'toshaa-ni

28.11.2008 :: 13:51Komentuj (0)

Wojna. Bezsensowny przelew krwi, waśnie między jednym a drugim książątkiem o prawo do jałowego skrawka gruntu między ich państwami, trupy i kruki kołujące nad polami bitew, tylko czekające by zrobić sobie ucztę z zabitych w walce... wojna, w której brała udział od dziesięciu lat niemal. Ta wojna, która nauczyła ją rzemiosła i prawie znieczuliła na przelaną krew i śmierć... wojna której miała dość.. wojna wreszcie się zakończyła.
Turgon z rodu Aneheim skupił książąt wokół siebie, powiązał przymierzami między sobą i ze sobą tak ściśle, że zaczęli wreszcie współpracować. Lud krain Fallathanu miał dość walk i wojny. Lud pragnął pokoju. I wreszcie pokój ten otrzymał. Miesiąc wcześniej wieść przekazana przez heroldów, mknących na chyżych rumakach po wszystkich królestwach dotarła do każdego ucha zmęczonego hałasami pola bitwy. Dłonie wyczerpane ciągłym trzymaniem gardy opadły, cięciwy łuków bojowych przestały śpiewać. Krew przestała się lać. Wojna... wojna się skończyła. Wygnańcy zaczęli powracać do domów. Wśród nich pewien zmęczony wojną zbrojmistrz i jego córka przemierzali północne ostępy. Ich podróż miała być długa i męcząca, ale sam fakt iż jechali w kierunku, z którego wiatr niósł zapach lasów Irimgardu (nawet jeśli mu się to wydawało) dodawał sił by tą rozpoczętą miesiąc temu podróż kontynuować. Duncan z Cheysuli nie uśmiechał się jednak. Obejrzał się przez ramię patrząc na stąpającego spokojnie za jego wierzchowcem konia i dziewczynę skuloną w siodle. Nie była sobą. Od dwóch tygodni nie przespała spokojnie ani jednej nocy budząc się z koszmarów z krzykiem i do świtu trzęsąc się i niemal łamiąc pod brzemieniem winy. Zabiła człowieka, a być może dwóch. Zabiła nie w samoobronie. Zabiła jako lir, w którego formie niemal się zagubiła. I teraz wspomnienie tego morderstwa prześladowało ją, sprawiając, że życie stawało się bólem, jednym wielkim koszmarem i wizjami pomordowanych nawiedzających ją we śnie, a czasem i na jawie. Duncan zacisnął zęby. Jeżeli chciał dowieźć Cay do domu przy zdrowych zmysłach musiał jej pozwolić na i’toshaa-ni. Nawet na tej nieprzyjaznej ziemi. Serri miał częściowo rację – wytrzymała dwa długie tygodnie walcząc z brzemieniem winy i tym co czyniło ją tak nieczystą we własnych oczach. Niemal bez słowa. Ale on nie był głuchy ani ślepy. Dzisiaj w nocy spróbuje ją przekonać by mimo dalekiej drogi przed nimi spróbowała się oczyścić...
Nie można zmuszać do i’toshaa-ni, lirze. Sama będzie wiedziała kiedy jest odpowiedni moment. – dobiegł go cichy spokojny głos wilka przez Więź. Cheysuli rzucił okiem na szarą bestię, która ostatnio stąpała ciężej niż zwykle obok jego wierzchowca. Wilk też był zmęczony drogą. Ale według jego obliczeń jeszcze niecałe dwa tygodnie i będą w domu. Tymczasem jednak nadeszła pora na postój, wraz ze zbliżającą się nocą. Mijali akurat gesty zagajnik, w którym spokojnie mogli się ulokować.
Zatrzymał wierzchowca i poinformował Cay o postoju. Zareagowała milczącą zgodą, zeskakując z własnej klaczki. Liry zniknęły znaleźć jakieś pożywienie dla siebie a oni spokojnie rozbili obóz.
Noc nadeszła szybko, a sen jeszcze szybciej. Tyle, że dla Cay skończył się on równie szybko jak zaczął. Jak zwykle zaczęło się od mdlącego smaku krwi w ustach i wizji, przerażających wizji mężczyzny, którego zabiła, a który regularnie nawiedzał jej sny szydząc z niej i nazywając ją bestią, demonem i nieczystym stworzeniem. Dziewczyna trzęsła się na próżno próbując pozbyć się koszmaru z głowy i obudzić... nic z tego. Dopiero gdy poczuła, że mocna dłoń jehana potrząsa nią budząc ze snu, zrozumiała, że po raz kolejny dzieje się to samo.
- Krzyczałaś i płakałaś przez sen – powiedział lakonicznie siadając obok niej i podając jej bukłaczek, od którego ostro zalatywało prawdziwą uscą. Pociągnęła łyk i potrząsnęła głową próbując wrócić do siebie.
- Jehanie znowu to samo... jestem nieczysta. Znowu mnie prześladuje ta sama wizja. Ja się starałam wytrwać do Irimgardu ale... chyba dłużej już tego nie zniosę. Myślisz, że bogowie pozwolą mi oczyścić się na obcej ziemi? – popatrzyła na niego z nadzieją w oczach.
Bez słowa podał jej to co miętosił w drugiej ręce. Woreczek z ziołami.
- Idź i stań się sobą Cay. Ja zaczekam. Tyle ile będzie to potrzebne.
Pokiwała głową i wolnymi ruchami pozbyła się całej broni jaką miała, poza nożem i wszelkiej zbędnej odzieży zostając w samym kaftanie i nogawicach. Chłodne powietrze ukąsiło odsłoniętą skórę ramion ale nie zważała na to. Jehan powstał i uścisnął jej ramiona prostym wojskowym pozdrowieniem.
- Cheysuli i’halla shansu – powiedział cicho. Pokiwała głową ale nie potwierdziła. Ona nie zazna cheysulskiego spokoju póki nie pozbędzie się tego brzmienia z duszy i ciała. Ruszyła w głąb zagajnika.
***
Tej nocy znalazła odpowiednie drzewka, niewysokie, młode i jeszcze liściaste i ostrożnie powiązała je ze sobą tworząc niewielki szałas, w którym znalazło się miejsce tylko dla niej i niewielkiego ogniska. Nazbierała drew i rozpaliła je w środku. Całe ubranie i nóż zostawiła na zewnątrz i teraz jedynie ze złotem lira na ramionach, w maleńkiej ciasnej przestrzeni, którą już zaczął wypełniać gorąc płomieni, pochyliła się nad pomarańczowo czerwonymi węglami i wysypała na nie zawartość torebki z ziołami. Niemal natychmiast ogarnął ją obłok białego dymu pachnącego ,mocno czymś czego nie była w stanie rozpoznać... może sproszkowane tetsu.. może malenna... co było w tej mieszance wiedzieli tylko shar tahlowie. Dla Cheysuli miało tylko znaczenie to, że pomagał przy rytuale.
Gorąc powoli stawał się nie do zniesienia, a dym kłębił się wokół. Spłynęła potem ale bez przerwy wpatrywała się w opary i ogień, wdychając to pierwsze głęboko.
I nadszedł. Krew spływała mu z rozdartego gardła, krew plamiła jego ręce i ciało. Krew spływała mu z ust na klatkę piersiową pokrytą gnijącą skórą. Cay poczuła smak tej krwi w ustach.
- Morderczyni! – zawył upiór wyłaniając się z oparów i kładąc krwawe ręce na jej ramionach – zabiłaś jak bestia. Nie jesteś niczym więcej jak potworem w ludzkiej skórze. I będziesz z tym żyć tak długo, że zaczniesz przeklinać to co cię stworzyło bestią. Będziesz cierpieć tak jak ja cierpiałem gdy rozdzierałaś mi ciało...
Nie poruszyła się. Nie zaprzeczyła ani nie potwierdziła wiedząc, że to co właśnie widzi to dokładnie to co chcą jej bogowie przekazać.
- Milczysz, bestio? Spójrz na siebie. Już stajesz się potworem... spójrz na swe dłonie – zachichotał radośnie upiór pokazując w strasznym uśmiechu zakrwawione zęby. Odruchowo przeniosła wzrok na dłonie spoczywające na udach pokrytych potem... nie miała palców. Miała szpony. Jak u bestii. Zadrżała a upiór zasypał ją stosem obelg, przekleństw i dręczących wizji gdzie zabijała go raz za razem czując cały jego ból i strach. Nie odwróciła jednak oczu. Nawet ich nie zamknęła stawiając czoło temu co widziała. Temu co może zrobić gdy przekroczy granice. Temu co się stanie jak to zrobi. Łzy spływały po twarzy czy to wywołane gryzącymi oparami z ogniska czy cierpieniem. Ale to cierpienie było częścią rytuału. Musiała zrozumieć. Odrzucanie tego nie było drogą. Była Cheysuli. Człowiekiem, który mógł stać się zwierzęciem. Człowiekiem, który mógł zagubić się w formie bestii, jeśli tylko pozwolił emocjom kierować sobą. Tym była. I nie mogła stać się niczym więcej. Mogła jedynie balansować na krawędzi tak jak każdy z jej rasy. I starać się nigdy więcej nie stracić równowagi.
- Moja krew jest na twoich rękach i twojej duszy. Czy zaprzeczysz, Cheysuli? – potworna twarz pojawiła się tuż przed jej twarzą. Spojrzała na upiora.
- Nie. Ja’hai. Akceptuję tą krew. Bestia jest częścią mnie. Zabiłam. I nic ci nie przywróci życia. Ale ja wyciągnę z tego naukę. I wyrzucę z siebie ten gniew i zło. Nigdy więcej.
Tak nagle jak pojawił się, upiór zniknął wraz z oparami wypełniającymi maleńki namiocik. Węgle były niemal zimne. Przez szpary między drzewkami wkradały się chłodniejsze podmuchy przypominając dziewczynie, że ma ciało. Mrugnęła oczami czując jak zaschnięte łzy i pot marszczą skórę. Czuła zapach spoconej skóry, dymu, popiołu i ognia. I czuła nadal metaliczny smak krwi człowieka, której skosztowała jako puma. Ale część ciężaru odeszła.
***
Na zewnątrz był półmrok – nie noc gdy wchodziła do namiotu. Przelotnie zastanowiła się ile siedziała w tym dymie ale to nie miało znaczenia. Zacisnęła dłoń na nożu i ruszyła w las. Zasadziła się i zapolowała na dzikiego kota. Szarpał się i bronił, chcąc sprzedać drogo swe życie. Zostawił ślady po pazurach na jej przedramionach i cierpiała zatapiając nóż w jego ciele. Ale to było częścią rytuału. Odebrała mu serce i zjadła jeszcze parujące i ociekające krwią. Miało paskudny smak, ale krew człowieka, którą ciągle czuła była jeszcze gorsza.
Uklękła na nieco kamienistym podłożu gdyż zapędziła się niemal na skraj zagajnika – ściółka nie przykrywała zerodowanych kamieni za dokładnie. Zabity kot leżał przed nią. Z jego ciała wypływała krew. Krew była też na jej dłoniach. Krew kota, krew zamordowanego. Krew była na jej ciele. Patrzyła na tą czerwień powoli plamiącą grunt i jej ciało i nagle odniosła wrażenie, że to już nie ciecz a kłębiąca się wokół niej energia. Zamykała ją w kręgu dotykając jej dłoni, wiążąc je. Niemal czuła jej dotyk, jak kajdany na nadgarstkach. Krwista energia okręcała ją coraz mocniej ale w jakiś sposób Cay wiedziała, że ta energia oczyszcza. Ta krew, którą przelała, krew kota, której zasmakowała zmyje zło, które zagnieździło się w jej duszy i nie pozwoli się przekupić ponownie formie lira. Wyciągnęła dłoń i zanurzyła ją w strumieniu krwawej energii, który lśnił i kręcił się wokół jej palców zabarwiając je swym kolorem. A potem podniosła dłoń do ust i pozwoliła energii wniknąć w swoje ciało. Oczyszczający ból przemknął przez jej żyły wypalając zło które wyrządziła i napełniając ją odwagą.
***
Otworzyła oczy... było jasno jak w popołudniowej porze dnia. Martwy dziki kot leżał jak leżał wcześniej. Jego krew zdążyła już zastygnąć zlepiając liście i kamienie ze sobą. Obok zobaczyła swój nóż zagrzebany w liściach nadal ze śladami krwi na ostrzu. W ustach czuła smak kociej krwi i kociego ciała. Ale metaliczny posmak krwi człowieka zniknął. Przymknęła oczy i wymamrotała modlitwę dziękczynną do bogów. Już prawie...
Woda jeziora była zimna. Wręcz lodowata biorąc pod uwagę późną jesień jaka nadeszła. Ale Cheysuli nie zważała na to i wszedłszy do wody po pachy wzięła głęboki oddech i zanurzyła się z głową. Wytrwała pod powierzchnią tak długo aż płuca zaczęły pękać z braku powietrza i dopiero wtedy się wynurzyła. Za pomocą piasku starannie ścierała z siebie pot, krew i sadzę oraz zapach ogniska i ziół oczyszczających. Rozdrapała również zaskorupiałe rany po pazurach kota. Zaczęły znów krwawić ale tym razem Cay czuła się nie skażona patrząc na własną krew. Czysta. Bez brzemienia winy. Bogowie jej wybaczyli i znowu była sobą. SOBĄ! Jak to pięknie brzmiało. Wydała radosny pisk i padła do wody plecami do tyłu rozpryskując ją na wszystkie strony. Życie znowu miało sens taki jak mieć powinno. Świadomość zbrodni była w niej ale bardziej jako ostrzeżenie niż jako brzemię, i miała zostać do końca życia. Ale zakopana w zakamarkach umysłu. Wybaczona. Jak blizna, której obecność nigdy nie pozwoli jej zapomnieć i popełnić tego błędu ponownie.
Dziewczyna powoli wyszła z wody wyżymając włosy. Lodowate strumienie spływały z ciała gromadząc się na czystym piasku wokół jej stóp. Powoli wróciła tam gdzie zbudowała szałas z drzewek, by znaleźć płótno do wytarcia się i czyste ubranie złożone tam zapewne przez jehana. Odziała się i ruszyła w drogę powrotną do obozowiska.

Czekał grzebiąc między węglami kijem. Jej liren też czekała i to bardzo niecierpliwie i z niepokojem, o czym świadczyły wymówki, że odeszła bez słowa i sus jaki Tasha wykonała zwalając ją na ziemię. Szorstki język przejechał po twarzy gdy 80 kilo kota przygniotło ją do rudawej trawy. Zapewniła kocicę, że wszystko dobrze i podniosła się z ziemi. Jehan w tym czasie patrzył na nią uważnie szukając w jej twarzy piętna winy, które obserwował aż za długo. Widać nie znalazł tego bo odetchnął z ulgą.
- Tydzień – powiedział zachrypniętym lekko głosem – nie było cię tydzień, Caylith. Już myślałem, że bogowie nie tylko nie wybaczyli ale zesłali na ciebie śmierć.
- Zesłali na mnie życie, jehanie. – powiedziała ściskając jego ramiona na powitanie. Tydzień... widać tyle potrzebowała by oczyścić się ostatecznie.
Pokiwał głową.
- Cheysuli i’halla shansu, Caylith.
- Ru’shalla-tu.
Teraz mogła odpowiedzieć. Bo dopiero teraz cheysulski pokój ogarnął jej duszę.




Powered by Ownlog.com
Opowiadania i postacie są własnością Gosi "Caylith" Dudek
Rysunki (poza "miniaturkami") są własnością Niny "LeafofSteel" Garncarczyk
All rights reserved:)